czwartek, 27 lipca 2017

"Dusza Cesarza" Brandona Sandersona

okładka, dusza cesarza, elantris, brandon sandersonAutor: Sanderson Brandon
Przekład: Studniarek Anna
Tytuł polski: Dusza Cesarza
Tytuł oryginalny: The Emperor's Soul
Seria: Elantris #1,5
Wydawnictwo: MAG
Wydanie polskie: 2016
Wydanie oryginalne: 2012
Liczba stron: 108
Moja ocena: 8/10

Mimo że większość książek Brandona Sandersona jest sporych gabarytów, jego twórczość niesamowicie kusi wszystkich fanów literatury fantastycznej. Sama w ostatnim czasie uwielbiam wieczorem usiąść z porządnym tomiszczem high fantasy i herbatką, choć coraz częściej jestem pozbawiana tego przywileju, ale miałam potężne wątpliwości. Zewsząd otaczały mnie same zachwyty, przez co włączało mi się czerwone światełko w głowie. Czy na pewno Sanderson jest wart czasu, który mu przeznaczę? Z pomocą przyszło mi odkrycie istnienia tej krótkiej nowelki ze świat Elantris, po której muszę przyznać, że chyba już wiem, w jaki sposób ten człowiek skradł sobie serce tych wszystkich moli książkowych.

Shai uprawia magię, która uznawana jest za największą zbrodnię w jej świecie, Fałszerstwo. Potrafi z najdrobniejszym detalem, centymetr po centymetrze odtworzyć najpiękniejsze dzieła sztuki, jakie widziało ludzkie oko, przez co trafia do więzienia, gdzie spokojnie oczekuje na egzekucje. Los jednak przynosi jej drugą szansę i w zamian za odtworzenie duszy cesarza ma odzyskać wolność. Sama nie jest jednak pewna, czy to podoła temu zadaniu.

Dusza cesarza jest tak cieniutka, że cały czas trudno mi uwierzyć w fakt, że zawiera tak niesamowitą i bogatą historię. Na zaledwie stu stronach Sanderson nie tylko opowiedział zmagania Shai z tym, aby odzyskać wolność, ale również przedstawił nam dość duży kawałek jej świata oraz wyjaśnił prawa rządzące tamtejszą magią. Wydaje się to jeszcze bardziej niewiarygodne ze względu na fakt, że główna bohaterka przez większość czasu siedziała zamknięta w komnacie, którą przeznaczono na jej pracownie. Sama akcja na początku nie jest jakoś bardzo porywająca i szybka, ale wszystko nadrabia wbijająca w fotel końcówka, dzięki której całość staje się spójną, przemyślaną opowieścią, w której nie idzie się nie zakochać.

Największym smaczkiem fabuły są bohaterowie, którzy niesamowicie przypadli mi do gustu. W szczególności zbuntowana Shai, która najlepiej czuje się we własnym towarzystwie. Jest niesamowicie pewna swego oraz swoich umiejętności, a przede wszystkim byle trudności nie powstrzymają jej przed tym, czego pragnie. Nie poda się, póki nie spróbuje. Następnie cesarski doradca Gaotona - człowiek niesamowicie inteligenty, mądry i ciekawy świata. Pomimo swoich uprzedzeń próbował zrozumieć przekonania dziewczyny o pięknie Fałszerstwa. I na sam koniec cesarz Ashravan, o którym niestety nie mogę zbyt dużo powiedzieć, bo byłby to okropny spojler.

Pomimo swojej niewielkiej objętości Dusza Cesarza to niesamowicie bogata i piękna historia o tym, że czasami warto spojrzeć wstecz. Przeanalizować swoje życie. Zastanowić się nad tym, czy to co zrobiliśmy na pewno jest tym, co chcieliśmy zrobić, a każda chwila jest dobra na zmianę. Oczywiście przekonała mnie też do kontynuowania przygody z dorobkiem pisarskim Brandona Sandersona, nawet tymi najdłuższymi historiami. ;)

wtorek, 25 lipca 2017

"Wilcza Godzina" Andriusa Tapinasa

Autor: Tapinas Andrius
Przekład: Candravicius Laurynas
Tytuł polski: Wilcza Godzina
Tytuł oryginalny: Viiko valanda
Seria: Akmens ir Garo miestai #1
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Wydanie polskie: 2017
Wydanie oryginalne: 2013
Liczba stron: 465
Moja ocena: 7/10

Niesamowicie stęskniłam się za steampunkowymi klimatami, dlatego ani chwili nie zastanawiałam się nad sięgnięciem po Wilczą Godzinę. Dodatkowo jest to nie lada smakołyk w związku z moim wyzwaniem - moja pierwsza litewska książka. Byłam niesamowicie ciekawa i w stu procentach pewna, że musi się spodobać. Ostatecznie całe moje podekscytowanie nie poszło na marne, ponieważ powieść Andriusa Tapinasa jest po prostu świetnie obmyślana i skonstruowana.

Wielkimi krokami zbliża się doroczny Szczyt organizowany przez wolne miasta aliansu, w tym roku zaszczyt ich przeprowadzenia dostał się Wilnu. W mieście zaczynają zbierać się naukowcy, turyści oraz włodarze europejskich imperiów. Nie jest to zbyt dobry czas na odnalezienie zwłok nieznanego mężczyzny, który miał przy sobie szkice śmiertelnie niebezpiecznej i jednocześnie niemożliwej do stworzenia maszyny. Do rozwiązania tej zagadki przystąpi legat wileński, Antoni Srebro.

Autorowi w niesamowity sposób udało się stworzyć klimat dwudziestwowiecznego Wilna i innych wolnych miast, po uszy zanurzonych w alchemicznych wynalazkach. Automatony, pociągi, fabryki i przede wszystkim sterowce są tam na porządku dziennym, a mimo to naukowcy wciąż szukają  nowych rozwiązań, maszyn oraz ulepszają stare. Istnieją organizacje uważane za niepotrzebnych szarlatanów, a kościół pcha się w codzienne życie obywateli. Poza tym książka ma wiele bardzo interesujących wątków, które w pewnym momencie zaczynają się zazębiać, dzięki czemu dochodzi świadomość, że nic tutaj nie działo się bez przyczyny. Sama zagadka kryminalna ściśle wiąże się ze wszystkim, a przede wszystkim z tytułem i nie była dla mnie jakoś szczególnie zaskakująca. Od początku podejrzewałam kto, a raczej co, dokonało morderstwa i tylko czekałam aż moje przypuszczenia się potwierdzą. Zdecydowanie bardziej byłam zaciekawiona innymi wątkami, a w szczególności historiami bohaterów.

Najbardziej ze wszystkich polubiłam legata Antoniego Srebro - oddanego, inteligentnego i porywczego detektywa. Szczególnie podobał mi się subtelny wątek miłosny pomiędzy nim Małgorzatą, prowadzącą sierociniec na Biedach - oraz Edwarda O'Braitisa - młodego, brytyjskiego kadeta, z pochodzenia Litwina. Chłopak był niezwykle odważny, ambitny, zdolny i inteligenty. Poza tym z postaci drugoplanowych bardzo przypadł mi do gustu mały Salomon Klein, zaradny dziecka, który pomimo młodego wieku umiał sobie w życiu poradzić. Mam jeszcze nadzieję, że w dalszej części zostanie rozwinięta postać Nikodema Twardowskiego, ponieważ jak dla mnie miał w sobie zbyt mało werwy. Ogromnie poruszała i zaskoczyła mnie historia Miły, o której niestety nie mogą wam zbyt wiele powiedzieć. Jej charakter nie był zbyt interesujący, ale przeszłość to zupełnie inna bajka.

Ani trochę nie zawiodłam się na Wilczej Godzinie. Była to niesamowicie wciągająca i zaskakująca, wielowątkowa lektura w klimacie steampunkowym. Andrius Tapinas stworzył kilka bardzo ciekawych postaci, a także opowiedział ich niezwykłe historie. Poza tym wszystkie wydarzenia mają ze sobą ścisły związek. Poznajemy Wilno oczami nie tylko głównych postaci, ale również osób u władzy czy tych z najniższych warstw społecznych. Jednym słowem ta książka to istny rollecoaster emocji, który serdecznie wam polecam!


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.

niedziela, 23 lipca 2017

"Maybe Someday" Colleen Hoover

okładka, maybe someday, colleen hooverAutor: Hoover Colleen
Przekład: Grzegorzewski Piotr
Tytuł polski: Maybe Someday
Tytuł oryginalny: Maybe Someday
Seria: Maybe #1
Wydawnictwo: Otwarte
Wydanie polskie: 2015
Wydanie oryginalne: 2015
Liczba stron: 488 (ebook)
Moja ocena: 6/10

Literatura młodzieżowa, zwłaszcza ta współczesna, przestała odgrywać w moim życiu jakąś znaczną rolę. Widać to pewnie po większej ilości recenzji książek poważniejszych, skierowanych do starszego odbiorcy. Przestałam się wreszcie oszukiwać, że wciąż jestem pełną pasji i ambicji nastolatką, a powoli staje się dorosłą kobietą, która powinna zacząć w dużo poważniejszej perspektywie patrzeć na swoją przyszłość i wreszcie je ułożyć. Jednak dorosłe życie oraz ostatnia klasa szkoły średniej niesamowicie mocno absorbują uwagę. Często do tego stopnia, że gdy wracam wieczorem do domu nie mam już siły myśleć, a chciałabym przeczytać chociaż kilka stron. Wtedy właśnie z pomocą przychodzą mi książki z nurtu young adult, które bawią, ale niekiedy pomiędzy wierszami ukryty jest jakiś bardzo istotny dla młodego pokolenia przekaz moralny.

W dniu dwudziestych drugich urodzin Sidney traci chłopaka, przyjaciółkę i dach nad głową, a co gorsza kompletnie nie ma gdzie się podziać, ponieważ nie chce wysłuchiwać narzekań rodziców na jej złe wybory. Z odsieczą przychodzi Ridge - chłopak, dla którego od pewnego czasu dziewczyna co wieczór, o tej samej porze wychodziła na balkon i słuchała, jak gra na gitarze, a potem pomogła mu napisać tekst do jego melodii. Zamieszkuje u niego, ale czy to sprowadzi ich historię na odpowiednie tory?

Hopeless czytałam już kilka lat temu i zrozumiałam, że ta książka nie jest jakoś szczególnie wspaniała. Jest po prostu dobra oraz odpowiednia dla nastolatek, ale też jednocześnie niesamowicie naiwna, schematyczna. Po prostu będę wspominać ją z sentymentem, ponieważ podobała mi się na pewnym etapie życia. Tego samego lub nawet czegoś gorszego oczekiwałam po Maybe Someday, a tymczasem w pewnych momentach miło się zaskakiwałam. Oczywiście sama historia wciąż nie jest jakimś arcydziełem literackim, tylko typowym romansem, ale młodą osobę może jednocześnie zabawić i nauczyć czegoś bardzo ważnego. Bohaterowie poznają się przez przypadek. Od razu zaczyna między nimi iskrzyć, ale wpierw trzeba pokonać przeszkody stojące na drodze do ich wspólnego szczęścia, a tych w sumie nie ma tak wiele tylko są po prostu trudne do przebycia - inne związki, niepełnosprawność, problemy z komunikacją. Na szczęście mają przy sobie przyjaciół, choć nie wszyscy są warci ich zaufania. Bardzo podobało mi się przedstawienie w tej książce różnic między stosunkami ludzi do nieuleczalnie chorych osób, a przede wszystkim fakt, że niekiedy nawet wiadomość o ich ułomności nie zmieni relacji z nią, a wręcz popchnie do prób zrozumienia w jaki sposób ona patrzy na świat. Niesamowicie zawiodła mnie zaś zakończenie. Było zbyt cukierkowe i niezbyt adekwatne do tytułu. Gdyby wyciąć z książki dwa ostatnie rozdziały pasowałoby zdecydowanie bardziej.

Zawiodłam się również na bohaterach. Momentami zachowywali się, jak rozwydrzone dzieciaki z bogatych domów, a niekiedy aż nazbyt dojrzale, jak na swój wiek. Szczególnie Sidney, która na każdym kroku podkreślała, że ma dwadzieścia dwa lata i, jak okropny jest to wiek, bo wydarzyło się tak wiele złego w dniu tych urodzin. Ani trochę nie śmieszyły mnie figle płatne sobie nawzajem przez współlokatorów mieszkania Ridge'a, ani nie pociągał mnie toksyczny związek Bridgette i Warrena. Wszystko to było niezbyt adekwatne do ich wieku. Rozumiem imprezy i hurtowe ilości alkoholu, ale jajka sadzone z płynem do naczyń w formie żartu?

Fabuła Maybe Someday ma niesamowity potencjał i w pewnych momentach naprawdę świetnie to wychodziło, jednak niekiedy wszystko psuła naiwność oraz niedojrzałe zachowania bohaterów. Niemniej niesie za sobą wspaniały przekaz, jak powinno traktować osoby niepełnosprawne, a muzyka w tle nadaje jej niesamowitej magii. Myślę, że powinna podobać się osobom w wieku 15-16 latu, choć oczywiście starsi miłośnicy romansów również znajdą w niej coś dla siebie.

piątek, 21 lipca 2017

"Studium w Szkarłacie" sir Arthura Conana Doyle'a

okładka, sherlock holmes, studium w szkarłacie, sir arthur conan doyleAutor: Conan Doyle sir Arthur
Przekład: Łozińska-Małkiewicz Ewa
Tytuł polski: Studium w Szkarłacie
Tytuł oryginalny: A Study in Scarlet
Seria: Sherlock Holmes #1
Wydawnictwo: Algo
Wydanie polskie: 2012
Wydanie oryginalne: 1887
Liczba stron: 182
Moja ocena: 8/10

W pewnym momencie i to całkiem niedawno zaczęło mnie ciągnąć do czytania klasyków literatury, ale nie byle jakich tylko spośród grona moich ulubionych gatunków. Znajduje się w nim oczywiście kryminał, do którego byłam nastawiona sceptycznie po niewypale z poznawaniem dorobku Agathy Christie. Jednak po obejrzeniu filmu z Robertem Downey Jr. oraz serialu z Benedictem Cumberbatchem w tytułowej roli Sherlock Holmes zawładnął moim umysłem, przez co nie mogłam powstrzymać się przed natychmiastowym zapoznaniem z literackim pierwowzorem.

Sponiewierany na duszy i ciele doktor John Watson wraca z wojny do swojego kraju, Wielkiej Brytanii. W trakcie poszukiwań nowego mieszkania poznaje ekscentrycznego człowieka o niecodziennym sposobie bycia i zostaje jego współlokatorem. Niebawem okazuje się, że również zajęcie Sherlocka Holmesa jest bardzo frapujące, a Watson z chęcią potowarzyszy mu przy rozwiązywaniu kolejnego śledztwa.

Spodziewałam się, że mogę trafić na coś łudząco podobnego do twórczości wcześniej wspomnianej autorki, na zupełnie przegadaną książkę, w której kompletnie brakuje akcji i czegoś co całkowicie wciągnie czytelnika. Jednak miło się zaskoczyłam, ponieważ sir Arthur Conan Doyle oglądanie miejsca zbrodni i przesłuchiwania świadków ograniczył do całkowitego minimum bez którego książka nie miała by już sensu. Dużo większą część poświęca się motywowi zbrodni oraz wytłumaczeniu, w jaki sposób Holmes tak szybko doszedł do rozwiązania zagadki. Nie przeszkadza mi nawet fakt, że narracja prowadzona jest z perspektywy Watsona i nie mamy wyglądu w myśli głównego bohatera, ponieważ tutaj wszystko jest w dokładny sposób objaśnione na sam koniec, poza tym Studium z Szkarłacie wielokrotnie niezwykle mnie zaskoczyło.

Sherlock to niesamowicie inteligenty i rezolutny człowiek, który potrafi wskazać winnego posiadając jedynie dowody zbrodni, a poza tym ma niezwykle genialne pomysł z zakresu wielu dziedzin, które mogą przyczynić się do przełomu w kryminalistyce. Z kolei zaś Watson będąc narratorem jest postacią nieco nijaką, bardzo skupioną na swoim nowym przyjacielu, ale mam nadzieję, że w kolejnych częściach się to zmieni i będziemy mogli poznać go nieco bliżej. Bardzo podobały mi się postacie zamieszane w samą zbrodnię - realne, z odpowiednimi motywami zachowań i ciekawą przeszłością.

Studium w Szkarłacie całkowicie zaspokoiło mój sherlockowy głód w oczekiwaniu na czwarty sezon Sherlocka. Było dokładnie tym, czego się spodziewałam i pobiło na łeb twórczość Agathy Christie. Wiem już, że koniecznie muszę zapoznać się z kolejnymi tomami i zaopatrzyć w najpiękniejsze wydanie, jakie uda mi się znaleźć. Czytajcie, oglądajcie, cokolwiek, bo naprawdę warto.

środa, 19 lipca 2017

"Zima" Roda Reesa

okładka, zima, demi monde, rod reesAutor: Rees Rod
Przekład: Kędzierski Sławomir
Tytuł polski: Zima
Tytuł oryginalny: The Demi-Monde: Winter
Seria: Demi-Monde #1
Wydawnictwo: Amber
Wydanie polskie: 2010
Wydanie oryginalne: 2011
Liczba stron: 522
Moja ocena: 5/10

Komputer jest przedmiotem bez którego, w dzisiejszym społeczeństwie nie da się żyć. Choć właściwie powinnam powiedzieć, że funkcjonować, bo nie jesteśmy od niego uzależnieni tylko potrzebujemy go do komunikacji, załatwiania różnych spraw bez wychodzenia z domu na przykład zakupów czy płatności albo po prostu do wyrażania się twórczo, dzielenia swoimi opiniami oraz pomysłami. Nasze sprzęty nie są w jakimś mega wysokim stopniu zaawansowane, ale wystarczają nam do codziennego użytku i szczerze powiedziawszy to po lekturze Zimy chyba nie chcę wiedzieć, jak wygląda to w przypadku tych najbardziej zaawansowanych komputerów na świecie.

Demi-Monde to najlepsza symulacja komputerowa, jaką kiedykolwiek stworzył człowiek dla potrzeb amerykańskiej armii lądowej. Zdolna jest utrzymać kilkadziesiąt tysięcy różnorodnych mieszkańców podzielonych na pięć stref, którymi rządzą najwięksi psychopaci w historii ludzkości. Od dokładnie czterech lat utrzymywany jest tam stan wojny, aby umożliwić żołnierzom szkolenie tylko, że od czasu jej powstania ludzie nie mają nad nią kontroli. Demi-Monde żyje własnym życiem i jedyne, co mogą zrobić to wyciągnąć wtyczkę, co jest niemożliwe ze względu na znajdujących się w niej ludzi a w szczególności córkę prezydenta.

Fabuła Zimy jest bardzo mocnym ciosem dla osób wrażliwych, których niesamowicie poruszają losy ludzkości, ponieważ jest to właśnie taki powrót do przeszłości, w szczególności do II wojny światowej. Mniej więcej w połowie książki wydarzenia  w jednej ze stref Demi-Monde'u przybierają analogiczny przebieg do tych na terenach polskich w czasach okupacji niemieckiej. Mieszkańcy nie będący Aryjczykami zamknięci są w specjalnie wydzielonym terenie lub obozach i pozbawieni swoich praw. Żyją w nędzy, ubóstwie oraz strachu przed bezwzględną władzą, a my jesteśmy świadkami tego wszystkiego. Mnie osobiście ten wątek niezbyt się podobał, ponieważ autor poszedł na łatwiznę i zamiast wymyślić coś nowego, ciekawego to po prostu skopiował całość wydarzeń. SS-mani znowu mają zamiar podbić świat i wytępić wszystkie niższe rasy ludzkie, a największy opór stawiają im oczywiście Polacy, czym są szczerze zadziwienie. 

Zdecydowanie bardziej interesował mnie główny temat tej historii, który w pewnym momencie zszedł sobie na dalszy plan, a mianowicie ratowanie córki prezydenta Stanów Zjednoczonych, która nie wiadomo skąd znalazła się w Demi-Monde'zie. Wysłano po nią młodziutką, czarnoskórą Ellę Thomas. Radziła sobie z tym świetnie, choć zdarzało się kilka niewielkich potknięć i jedno takie całkiem spore, ale to ze względu na fakt, że dziewczyna nie chciała dać sobie w kaszę dmuchać albo łamać podstawowych praw moralnych mówiących, że słabszym trzeba pomóc. Zaś sama Norma Williams nie była zbyt przyjazną bohaterką. Cały czas narzekała na warunki, w jakich się znajdowała, ani razu nie podziękowała za ratunek i była takim typowym emo, że chyba nic więcej nie muszę dodawać... a! Nie, nie! Jeszcze Wańka! Czyli najciekawszy bohater w całej książce. Początkowo arogancki, gburowaty i całkowicie bez zasad, ale w dalszym ciągu książki potrafił się dostosować do każdej sytuacji, odkrył swoje wielkie serce pozostając w każdym calu sobą.

Zima to w ostateczności przeciętna książka ze słabą fabułą, ale bardzo ciekawymi i intrygującymi bohaterami oraz niesamowicie zaskakującym zakończeniem. Autor mógł wykazać się większą kreatywnością i napisać coś, co byłoby świeższym, ciekawszym spojrzeniem na temat hitleryzmu w Demi-Monde'zie, a tak naprawdę tylko powielił schemat i same wydarzenia. Mam nadzieję, że chociaż w kolejnych częściach będzie wyglądało to lepiej, bo z chęcią bym po nie sięgnęła ze względu na postać Wańki oraz dalszego ciągu tego zakończenia.


poniedziałek, 17 lipca 2017

"Chłopak, który stracił głowę" Johna Coreya Whaleya

okładka, chłopak który stracił głowe, john corey whaleyAutor: Whaley John Corey
Przekład: Kafel Małgorzata
Tytuł polski: Chłopak, który stracił głowę
Tytuł oryginalny: Noggin
Wydawnictwo: Moondrive
Wydanie polskie: 2016
Wydanie oryginalne: 2014
Liczba stron: 352
Moja ocena: 6/10

Wciąż zastanawiam się, co takiego właściwie skłoniło mnie do przeczytania książki, której za nic w świecie nie chciałam poznać. Moje pierwsze myśli po przeczytaniu opisu Chłopaka, który stracił głowę były negatywne i w sumie pomysł dalej wydaje mi się całkowicie surrealistyczny a spoglądając na dokonania współczesnej medycyny całkowicie nierealny. Został jednak bardzo pozytywnie przyjęty przez innych blogerów, co najbardziej wpłynęło na moją decyzję. Chyba po prostu postanowiłam przekonać się na własnej skórze, czy w rzeczywistości naprawdę warto zaznajomić się z tą historią.

Travis Coates umierał na bardzo rzadką odmianę białaczki, gdy wziął udział w projekcie medycznym, który pozwoli mu żyć dalej, ale nie od razu. Głowa chłopaka została oddzielona od reszty ciała i zamrożona z obietnicą, że w pewnym momencie operacja przeszczepienia mu nowego ciała będzie możliwa. Udaje się jej dokonać dużo szybciej niż wszyscy się spodziewali i po pięciu latach Travis może wrócić do normalnego życia, ale niestety nic już nie jest po staremu.

Powieść Johna Coreya Whaleya to bardzo dobra współczesna młodzieżówka, a jednocześnie całkowicie odmienna od innych książek w swoim gatunku. Nie jest głupiutkim romansidłem tylko całkiem zabawną historią w dużej mierze obyczajową z bardzo ważnym morałem. Opowiada o problemach młodych dorosłych - okresie dojrzewania, niezrozumieniu ze strony społeczeństwa - ale przede wszystkim podkreśla największy i w tamtej chwili najważniejszy problem Travisa. Dla niego te pięć lat były góra kilkoma tygodniami, gdy tymczasem wszyscy jego najbliżsi zdążyli już pogodzić się z tym, że go nie ma oraz ułożyć sobie życie na nowo. Chłopak trafia w sam środek niezrozumiałej dla niego przyszłości. Nie może pogodzić się z tym jak się potoczyła. Dom nie przypomina tego sprzed czasu hibernacji, a znajomi zdążyli już dorosnąć, choć on wciąż ma szesnaście lat. Cała fabuła ma za zadanie uświadomić jemu oraz nam, że nie warto żyć przeszłością, ponieważ ona nigdy nie powróci. Lepiej po prostu patrzeć prosto przed siebie i nie obracać się wstecz. 

Jedynym największym minusem całej książki jest osadzenie wydarzeń w ramach czasowych bliższych nam niż takich, w których teoretycznie zabieg dokonany na Travisie byłby możliwy. Poza nim i grami komputerowymi właściwie nic się nie zmieniło, co miałoby uświadomić, że akcja dzieje się w jakiejś dalszej przyszłości.

Szczerze powiedziawszy to nie mam pojęcia co powiedzieć o bohaterach, ponieważ żaden jakoś szczególnie nie przypadł mi do gustu. Travis był okropnie irytującą i upartą postacią, której potrzeba było mnóstwo czasu aby zrozumieć, że pewnych spraw nie da się już cofnąć. Nie potrafił delikatnie uporać się z niektórymi problemami, tylko musiał robić z tego wielkie show. Jego była dziewczyna była okropnym tchórzem i nie potrafiła odpowiedzieć wprost na najważniejsze z pytań, a przyjaciele zupełnie nijacy. O Kyle'u zapamiętam jedynie tyle, że był gejem, a o Hattonie to nie wiem kompletnie nic, poza tym, że był i lubił jeździć na desce.

Chłopak, który stracił głowę to powiew świeżości w gatunku young adult, a poza tym czyta się ją niesamowicie szybko i z uśmiechem na twarzy. Autor miał świetny pomysł na fabułę i według mnie udało mu się go zrealizować w sześćdziesięciu procentach. Niestety musiałam całkiem sporo odjąć za niezbyt realistyczną wizję celu programu medycznego, jak na czas akcji i niezwykle irytujących bohatera. Jednak mimo tego książka wypada całkiem nieźle. Myślę, że wyżej wspomniany morał będzie mi się z nią zawsze kojarzył.

sobota, 15 lipca 2017

Biblioteczny Bookhaul #7



Ostatni raz w bibliotece byłam w maju, czyli niemal dwa miesiące temu, a więc wypadało wreszcie pojawić się tam i oddać chociaż część książek. Wszystkich z poprzedniego Bibliotecznego Bookhaulu niestety nie udało mi się jeszcze przeczytać, ale nie powstrzymało mnie to przed zabraniem kolejnych. Kilka z nich dawno już chciałam poznać i jak je zobaczyłam to po prostu nie mogłam ich nie wziąć. Pozostałe niestety były wyborem nieplanowanym. Tak, więc po tej wizycie moje plany czytelnicze wzbogaciły się o (od góry):

  • Kuzynki Andrzeja Pilipiuka, które dawno temu polecała mi Daria z Biblioteczki Ciekawych Książek i choć szczerze powiedziawszy nie mam zielonego pojęcia o czym jest ta seria, to jestem niesamowicie ciekawa zarówno jej samej, jak i całości twórczości autora,
  • Jonathan Strange i pan Norrell Susanny Clarke, o której również nie wiem nic, ale tytuł i okładka wydają się naprawdę interesujące, oczekuje po niej przerażającej opowieści osadzonej w XIX wieku,
  • Ene, due, śmierć M.J. Arlidge, choć nie do końca jestem pewna, czy kryminały to w tej chwili dobry pomysł, ponieważ nie czuje do nich tak mocnego pociągu, jak każdego lata (może dlatego, że to bardziej jesień niż lato?),
  • Dziewczyna, która igrała z ogniem Stiega Larssona, jw., chociaż tutaj na korzyść działa fakt, że całkiem podobała mi się pierwsza część,
  • Naznaczeni Śmiercią Veronici Roth, która okaże się pewnie kompletnym niewypałem, ponieważ wzięłam ją tylko ze względu na fakt, że chce się przekonać, jak jest zła, nie oczekuje po niej kompletnie nic, zwłaszcza, że Niezgodnej nawet nie skończyłam.
Czytaliście którąś z tych książek i chcielibyście podzielić się ze mną swoją opinią? A może jesteście ciekawi, jaka będzie moja opinia o którejś z nich i chcielibyście, żebym przeczytała ją w pierwszej kolejności? Napiszcie koniecznie! :)


czwartek, 13 lipca 2017

PRZEDPREMIEROWO "Czarna Książka. Zostać Mistrzem" Joanny Krystyny Radosz



Właśnie dzisiaj przyszło mi recenzować dla was książkę, która jest dopiero w planach wydawniczych i nie posiada oficjalnie opublikowanej okładki. Jest to szczególna recenzja, ponieważ pisana dla autorki, który prosi swoich czytelników o pomoc. Kilka miesięcy temu opowiadałam wam o pierwszej części tej historii i była to recenzja niezwykle pozytywna. Czarna Książka. Antologia Opowiadań Żużlowych totalnie mnie kupiła i pomimo, że jestem kompletnym laikiem w temacie tego sportu, to po prostu musiałam przeczytać kontynuacje, dla samych bohaterów. Ciąg dalszy już jakiś czas temu miał ujrzeć światło dzienne, ale niestety wycofał się jeden ze sponsorów, a że zysk ze sprzedaży ma powędrować na cele charytatywne w środowisku żużlowym, pani Radosz zbiera kwotę, której jej brakuje. Chętni mogą ją wesprzeć pod tym linkiem. Moje zdanie polega po prostu na uświadomieniu potencjalnym wspomożycielem, że naprawdę warto to zrobić, ponieważ pozycja jest świetna i nie umiem zrobić nic innego.

Jest to zbiór jedenastu luźno powiązanych opowiadań o fikcyjnych żużlowcach - ich karierach, wzlotach, upadkach oraz prywatnych dramatach na przestrzeni kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat. Opowiadania zazębiają się z tymi z pierwszej części, pojawiają się ci sami, dobrze znani bohaterowie, ale śmiało można czytać je w wybranej kolejności. Autorka ponownie, po swojemu, ale w niesamowity sposób kreuje historie tego sportu, choć domyślam się, że czytelnicy bardziej w temacie mogliby wyczuć nawiązania do rzeczywistości.

Nie mogę powiedzieć, że nie mam swoich faworytów na najlepszy tekst, bo chyba każdy zbiór opowiadań jest mocno zróżnicowany, ale tutaj ponownie te różnice nie są aż tak widoczne. Każda historia była na swój sposób ciekawa i wciągająca, z tego względu, że były o czymś zupełnie innym. Joanna Krystyna Radosz nie zamknęła się na jeden temat, ale poruszała wiele, często niezwykle trudnych - śmierć osób bardzo młodych, nowotwory, utrata bliskich, choroby psychiczne, porażki, wypadki na torze czy nawet walka kobiet o prawo startu w zawodach. I nawet nie odczuwałam, że te historie są przeładowane traumatycznymi przeżyciami, bo skupiłam się na współodczuwaniu z bohaterami.

Szczególnie, jeśli chodzi o tych, których już zdążyłam poznać i bardzo polubić. Przez większość książki odczuwałam dotkliwy brak jednego z nich - Pettera-Aksela Lindmmanna, ponieważ ten niezwykle zadziorny, wyszczekany i buntowniczy młodzieniec podbił moje serce przy wcześniejszych spotkań. Tym razem było go, jak dla mnie zdecydowanie za mało! Gdy się już pojawiał, to był zdecydowanie inny. Bardziej dojrzalszy i opanowany, ale w odpowiednich momentach potrafił pokazać swoje prawdziwe "ja". Sceną, którą bardziej zapamiętam z całej historii, będzie jego niezwykłe poświęcenie dla Artioma Milutina, kiedy zarówno kibice i media uwzięły się na niego.

Również wśród nowych bohaterów znalazłam sobie ulubieńców. Tym razem moje serce niemal w całości skradł sobie młody Jarmołaj "Emil" Czepałow - chłopak z bidula, którego adoptował dyrektor jednego z rosyjskich klubów, dzięki czemu chłopak zrobił światową karierę. Najlepsze jest to, że najbardziej polubiłam go za jego ciekawość i wścibskość. Szkoda mi, że poświęcono mu jednie w całości jedno opowiadanie i w niewielkiej części drugie. Zaraz obok niego uplasowała się Adelina Nigmatullina, córka jednego z bohaterów poprzedniej części, która wbrew wszelkim przeciwnością losu, postanowiła walczyć o możliwość trenowania żużla. Nie polubiliśmy się natomiast z panem Griszą Kosovem, który był po prostu lekkomyślnym, samolubnym idiotą.

Tak, więc sami widzicie, że nie ma innej opcji i ta książka musi pojawić się w sprzedaży! Nie wyobrażam sobie, żeby kibice żużla mogli obejść się bez tak świetnej pozycji. Zwłaszcza, że człowiek, który o tym sporcie nie ma kompletnego pojęcia, naprawdę jest nią zachwycony. Czytało mi się świetnie. Zżyłam się z bohaterami i teraz będę błagać autorkę o to, żeby powstały kolejne części, bo po raz kolejny na sam koniec postanowiła złamać mi serce...


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorce

.fanpage instagram twitter lubimy czytać

wtorek, 11 lipca 2017

"Dziedzictwo Ognia" Sarah J. Maas

Autor: Maas Sarah J.
Przekład: Mortka Marcin
Tytuł polski: Dziedzictwo Ognia
Tytuł oryginalny: The Heir of Fire
Seria: Szklany Tron #3
Wydawnictwo: Uroboros
Wydanie polskie: 2014
Wydanie oryginalne: 2012
Liczba stron: 654
Moja ocena: 6/10

Za mną już trzy tomy Szklanego Tronu i przyznam szczerze, że wciąż nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego miliony czytelników na całym świecie pokochały te serię. Nadal jestem zdanie, że jest to jedynie dobre czytadło przy którym można się zrelaksować się przez kilka wieczorów, przy okazji irytując się na bohaterów i wszędobylskie wątki miłosne. Samo Dziedzictwo Ognia było nieco lepsze od swojego poprzednika, ale wciąż nie pochłonęło mnie tak, jak największych zwolenników serii.

Za namową Chaola, król wysyła swoją Obrończynię do Wendlyn, z misją wymordowania tamtejszej rodziny królewskiej. Jej zadaniem jest wywołanie zamieszania, aby Adarlan mógł z łatwością najechać swojego sąsiada za morza. Tymczasem kapitan gwardii odkrywa prawdę o pochodzeniu dziewczyny i jej ogromnej wartości dla rebeliantów, z którymi zaczyna spiskować. Celeana zostaje odnaleziona przez Fae i pod ich okiem ćwiczy swój dar. W zamian za opanowanie go ma uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją pytania.

Największą zaletą całej książki jest fakt, że autorka w końcu nie skupia się aż tak bardzo na relacjach w słynnym trójkącie miłosnym, tylko rozbudowuje elementy fantastyczne i świat przedstawiony. Za granicami Erilei poznajemy kilka bardzo ciekawych magicznych istot, między innymi w końcu dogłębnie wyjaśniono jaka jest natura Fae. Poza tym nareszcie widać, że wszystko, co zaplanowała Sarah J. Maas nie działo się bez przyczyny. 

Na główny plan schodzi wyjaśnienie przeszłości nie tylko głównej bohaterki, ale również przyczyn, przez które doszło do wydarzeń mających obecnie miejsce. Autorka wtrąca całkiem sporo retrospekcji oraz zmusza swoich bohaterów do poznania natury zjawisk, których byli świadkami przed dziesięcioma laty i przede wszystkim nie upycha wszystkich informacji na sam koniec, a rozkłada na całej długości książki. Choć co prawda przez niektóre relacje i przybycie wielu nowych bohaterów wydaje się ona niesamowicie przeciągana.

Wydaje się jakoby to, co irytowało mnie w dwóch pierwszych tomach, nareszcie się rozpadło na dobre. Celaena nie jest w stanie wybaczyć Chaolowi pewnego wydarzenia z Korony w Mroku, a Dorian znalazł sobie kogoś innego. Ich związek jest jedynym z dotychczasowych, które całkowicie popieram. Inne mnie po prostu irytują, podobnie do większości bohaterów, szczególnie tych, którzy pojawili się dopiero w tym tomie - zwłaszcza, że po kilku z nich spodziewałam się czegoś naprawdę niesamowitego. Poczynając od rodzonego kuzyna Celaeny, Aediona czy sarkastycznego Fae, Rowana, który miał bardzo ciekawą osobowość, czy historię ale koniec końców jego zachowanie było okropnie przewidywalne. I tak, pojawił się wątek homoseksualny.

Dziedzictwo Ognia czytało się zdecydowanie lepiej niż poprzedni tom, ponieważ autorka bardziej skupiła się na rozbudowaniu świata przedstawionego i historii, zamiast na wątkach miłosnych. Z ciekawością śledziłam rozwój wydarzeń, jednak jestem okropnie zawiedziona portretami bohaterów oraz relacjami między nimi, przez co czytało mi się go stosunkowo długo. Na pewno przeczytam kolejne tomy, skoro już je mam, jednak nie oczekuje po nich nic wielkiego, a jeśli wy jesteście ciekawi, czy wam się spodoba, to po prostu to zróbcie.


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal

niedziela, 9 lipca 2017

Podsumowanie pierwszego półrocza 2017 roku


Zainspirowana kilkoma postami o tej tematyce, które ostatnio przewinęły mi się przed oczami, sama postanowiłam podsumować pierwsze sześć miesięcy 2017 roku pod kątem czytelniczym, ale abstrahując na początek. Był to zdecydowanie jeden z najbardziej intensywnych okresów w moim prywatnym życiu, ponieważ wiązał się z końcem szkoły średniej (w moim przypadku technikum), a co za tym idzie przygotowaniami do matury i egzaminów zawodowych. Potem przyszedł czas na ogarnięcie się finansowo oraz przejście rekrutacji na studia. I wiecie co? W tym całym rozgardiaszu znalazłam jeszcze naprawdę sporo czasu na czytanie. Może nie zaczął się tak cudownie, jak zeszły rok, ale chciałam przeczytać 80. pozycji i połowa już za mną. A wyzwania?

Jeśli chodzi o moje autorskie wyzwanie to udało mi się poznać 23. pozycje, których nie napisali Amerykanie, w tym 14. polskich, 2. australijskie, 1. szwedzką, 3. brytyjskie i 3. niemieckie. Powstała również grupa dla jego uczestników, aby łatwiej było dzielić się swoimi osiągnięciami oraz rekomendacjami. Możecie ją znaleźć pod tym linkiem. Serdecznie was do niej zapraszam i mam nadzieję, że będzie się w niej świetnie czuli.

Pozostałe dwa wyzwania, w których biorę udział wychodzą mi różnie. Pierwsze z nich, autorstwa Oli z Nieuleczalnego Książkoholizmu, czyli Zmierz się z tytułami! idzie mi dość słabo, ponieważ jak dotąd przeczytałam jedynie 5. książki, a jedna z nich wciąż nie została zrecenzowana. Moje lektury niezbyt pokrywają się ze słowami kluczowymi. Zdecydowanie lepiej idzie mi wyzwania Kitty z Biblioteczki Ciekawych Książek, ABC Czytania. Mam zapełnione większość liter w obu wariantach, a dokładnie to do pierwszego wariantu zaliczyłam 16 książek, a do drugiego, 14 książek z 22 możliwych.

Tymczasem na blogu przybyło mi 24 nowych obserwatorów i prawie 30 000 tysięcy wyświetleń. Nawiązałam cztery nowe współprace z Grupą Wydawniczą Foksal, Portalem Księgarskim oraz dwójką wspaniałych autorów wydających na własną rękę - panią Joanną Krystyną Radosz i panem Krzysztofem Bonkiem. Za każdą książkę, którą dzięki wam mogłam przeczytać, bardzo dziękuję.

Jestem niezmiernie zadowolona z tego półrocza, ponieważ rozwijała się nie tylko Biblioteczka, ale również ja sama. Mam nadzieję, że kolejne miesiące również przyniosą mi wiele radości, a studenckie życie w połączeniu z pracą nie zmuszą mnie do porzucenia swojego miejsca w internecie! Niezmiernie ciekawi mnie, jak to wyglądało u was? Jest się czym chwalić, czy może wręcz przeciwnie? ;)


piątek, 7 lipca 2017

"Dziewczyny, które zabiły Chloe" Alex Marwood

okładka, dziewczyny, które zabiły chloe, alex marwoodAutor: Marwood Alex
Przekład: Koziej Magdalena
Tytuł polski: Dziewczyny, które zabiły Chloe
Tytuł oryginalny: The Wicked Girls
Wydawnictwo: Albatros
Wydanie polskie: 2015
Wydanie oryginalne: 2012
Liczba stron: 444
Moja ocena: 7/10

Mój gust czytelniczy przechodzi ostatnio całkiem spore zmiany, na lepsze oczywiście. Doszłam wreszcie do wniosku, że już totalnie zaczynam wyrastać z młodzieżówek i choć jeszcze od czasu do czasu po nie sięgam, żeby się zrelaksować po czymś dużo poważniejszym to ostatnio preferuję bardziej książki, które naprawdę wniosą coś do mojego życia i na długo w nim pozostanę. Dużo częściej można mnie teraz spotkać z mocnymi thrillerami medycznymi bądź psychologicznymi, klasykami moich ulubionych gatunków czy tomiszczem porządnego high fantasy. Dziewczyny, które zabiły Chloe trafiły na moment mojego całkowitego pochłonięcia przez Kasację oraz Doctora Strange'a, ale muszę przyznać, że również dorównały im kroku.

Kirsty Lindsay i Amber Gordon to z pozoru dwie kobiety z zupełnie różnych światów, których nic nie łączy. Pierwsza jest dziennikarskim wolnym strzelcem z trudem utrzymującym rodzinę po utraceniu pracy przez męża, a druga sprzątaczką w sezonowym lunaparku, w nieformalnym związku z innym jego pracownikiem. Obie wiodą całkiem spokojne życie do momentu, gdy w nadmorskim kurorcie dochodzi do serii tajemniczych morderstw na młodych kobietach. Wydarzenie to sprawia, że ich drogi krzyżują się po raz pierwszy od zakończenia procesu, w którym jako młode dziewczyny zostały skazane za zamordowanie Chloe.

Dziewczyny, które zabiły Chloe są mocnym, paraliżującym thrillerem psychologicznym, którego nie da się przeczytać w jeden dzień. Akcja jest wolna i monotonna, ale przedstawia codzienne życie mieszkańców sterroryzowanego miasteczka, pracowników lunaparku, dziennikarzy poszukujących sensacji a przede wszystkim dwóch kobiet, które za wszelką cenę próbują ukryć swoją mroczoną przeszłość przed otoczeniem, bo wiedzą jak to wszystko się skończy. Starają się tylko prowadzić normalne, poukładane życie przy okazji odcinając się od tego co kiedyś zrobiły źle, żeby nigdy więcej tego nie powtórzyć. Historia przetykana jest retrospekcjami z tamtego feralnego dnia, kiedy zginęła mała Chloe, które przedstawiają nam prawdziwą wersję wydarzeń i uświadamiają, jak perspektywa może całkowicie zmienić się pod wpływem upływu lat. Niestety jednak sama historia ma bardzo smutny morał, który mówi, że nigdy nie uciekniemy przed naszą przeszłością a doświadczenia z przeszłości pozostaną w nas na zawsze.

Po zakończeniu procesu i odbyciu kary w zakładzie poprawczym drogi Amber i Kristy, a właściwie Jade i Bel rozeszły się w dwie zupełnie różne strony. Jednej udało się odbić od dna - skończyła studia, założyła rodzinę i w czasach sprzed akcji książki prowadziła spokojnie swoje idealnie nieidealne życie. Druga zaś spadła z samego szczytu i już nie potrafiła się podnieść, ale całkiem nieźle sobie radziła. Nigdy się nie skarżyła tylko działała, aby nie było jeszcze gorzej. Pomimo, że znały się przez ledwie jeden dzień to wciąż istniała między nimi jakaś nić powiązania i w najgorszym momencie mogły na siebie liczyć. Jednak z perspektywy całej historii najbardziej przemówiła do mnie postać Amber, którą życie niesamowicie mocno zahartowało rzucając jej coraz to nowe kłody pod nogi, ale ona przyjmowała je na klatę i jeszcze potrafiła poświęcić się dla innych.

Debiutancka powieść Alex Marwood to mocno gorzka opowieść o tym, że przeszłość zawsze podąża za naszymi plecami i uderzy w najmniej odpowiednim momencie. Nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna, którą pochłoniemy w jeden wieczór, ale niesamowicie mocny i ciężki thriller psychologiczny, z którym trzeba spędzić trochę więcej czasu, a przede wszystkim dokładnie przetrawić.

środa, 5 lipca 2017

Bookhaul - czerwiec 2017


Wreszcie, po długich zmaganiach z moim telefonem, mam zdjęcie, które choć nie jest jeszcze idealne, to nadaje się do pokazania w poście. Niby mamy lato i powinna być piękna, sprzyjająca fotografiom słabej jakości pogoda, ale albo nie mam czasu w ciągu dnia albo jest brzydka albo słońce za mocno świeci - tak ja właśnie teraz. Trochę mnie to irytuje, bo bardzo chcę pokazać wam, jakie książki przybyły do mnie w czerwcu. O dziwo, nie ma wśród nich żadnego egzemplarza recenzenckiego, a same prezenty urodzinowe! Na początku miesiąca wybiła mi kolejna okrągła dziesiątka i z tego powodu przyszło do mnie kilka perełek.

  • Księga Wszystkich Dokonań Sherlocka Holmesa sir Arthura Conana Doyle'a, od taty,
  • Mitologia Nordycka Neila Gaimana, jw,
  • Metro 2033 Dmitry Glukhovsky, jw.
  • Bitwa o Skandie Johna Flanagana, od przyjaciółki,
  • Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya, od taty.
Czytaliście już którąś z tych książek? Będzie mi miło, jeśli podzielicie się opinią, a jeśli nie to może moje zdanie o jednej z nich bardzo was ciekawi i chcielibyście, żebym zrecenzowała ją jak najszybciej? ;)

poniedziałek, 3 lipca 2017

"Czarownica znad Kałuży" Artura Olchowy

okładka, czarownica znad kałuży, artur olchowyAutor: Olchowy Artur
Tytuł polski: Czarownica znad Kałuży
Wydawnictwo: Genius Creations
Wydanie polskie: 2017
Liczba stron: 726
Moja ocena: 8/10

Jednym z, według mnie, najciekawszych tematów w literaturze są wizje apokalipsy i tego, co będzie działo się po niej. Niestety na dobre i ciekawe książki w tym nurcie naprawdę bardzo trudno trafić, przez co bardzo cieszę się z każdej przeczytanej pozycji, która w pewien sposób podbiła moje serce. Gdy myślę o Czarownicy znad Kałuży w mojej głowie zapala się czerwone światełko, ponieważ jej czytanie było czasochłonne i nużące, jednak nie uważam, żeby z tego powodu była to zła książka wręcz przeciwnie jest niesamowicie wartościowa.

Niedaleko Okartowa, małej mazurskiej wioseczki, leży jezioro, przez mieszkańców nazywane Kałużą. Nad samą Kałużą mieszka starsza kobieta, która jako jedyna w okolicy pamięta czasy sprzed trzeciej wojny światowej, potrafi czytać, pisać i leczyć ludzi w skuteczny sposób. Z tego powodu, przez ludzi pogrążonych w analfabetyzmie uważana jest za czarownice, która paktuje z diabłem. Jednak zawsze z chęcią przyjmują jej pomoc, zwłaszcza w podbramkowych sytuacjach, a kobieta nigdy jej nie odmawia.

Powieść Artura Olchowy jest długo i nużąca, jednak na pewno warta uwagi oraz czasu, które dla niej poświęciłam. Autor z niesamowitą, niemal orwellowską, precyzją snuje swoją opowieść o świecie, który po brutalnej wojnie cofnął się w rozwoju do czasów średniowiecza. Nie przeszkadzała mi szczątkowo akcja przez większość książki, ponieważ skupiona byłam na podziwianiu świetnych opisów zamkniętej, prostej i tradycyjnej wiejskiej społeczności Okartowa oraz wkładu Starszej w ich rozwój. Dopiero gdzieś w połowie lub trzech czwartych pojawia się całkiem wciągająca akcja w sensacyjno-kryminalnych klimatach i idealnie wkomponowuje się w całość utworu, ponieważ potwierdza, jak bardzo tytułowa bohaterka zżyta jest ze swoją wioską.

Zaczęła pomagać im z nudów i czystej dobroci serca, jednak wraz z upływem lat weszło jej w to nawyk. Traktowała okartowskich jedynie, jak przedmioty badań i z powodu dolegliwości wieku starczego coraz rzadziej przybywała do wioski. Atmosferę podsycał konflikt z obecnym proboszczem, a dodatkowo przybycie młodego wikarego. Krótka rozłąka z tym miejscem pozwoliła jej przypomnieć, nie tylko o tym, że swoją wyższość nad innymi wykorzystuje w odpowiedni sposób, ale również, że dla swoich wieśniaków potrafi zrobić bardzo wiele. Niejednokrotnie irytowała mnie swoim oschłym zachowaniem starowinki, jednak również w wielu momentach imponowała wiedzą i doświadczeniem. Na pewno jest bardzo ciekawie skonstruowaną postacią - kimś z pogranicza dwóch, skrajnie różnych epok i w obu świetnie się odnajduje, choć nie od samego początku.

Zdecydowanie bardziej polubiłam jej świeżo upieczonego ucznia Michała, syna jednego z okartowskich rolników. Chłopak jest z natury niezwykle inteligenty i posiada ogromny zapał do nauki, choć wiele rzeczy trzeba jeszcze w nim naprostować. A poza tym jego ojca, prostego człowieka z prostymi zasadami, który zawsze na pierwszym miejscu stawia dobro swojej rodziny oraz Marysię Kitzmanową, niezwykle sympatyczną i pomocną młodą wdowę w zaawansowanej ciąży. Trudno mi jednak powiedzieć, czy jakiegoś bohatera szczególnie znienawidziłam. Większość miała swoje zrozumiałe cele i motywy, a ja po prostu bardziej byłam po stronie Starszej niż jej przeciwników. Jednak zabrakło mi nieco rozwinięcia postaci burgmajstra Marcina Wójcika. Chciałabym się dowiedzieć, co popchnęło go szaleństwa!

Czarownica znad Kałuży to bardzo ciekawa wizja świata po trzeciej wojnie światowej, który pozbawiono wiele rozwiązań technicznych, edukacji, opieki zdrowotnej i wielu innych rzeczy, bez których my nie umielibyśmy przeżyć. Obserwujemy go z perspektywy kobiety, która zna również naszą rzeczywistość. Czarownica jest bardzo rzetelnym i skrupulatnym narratorem, co nadaje książce świetnego klimatu. Poza nią Artur Olchowy przedstawia nam również wielu ciekawych i niejednoznacznych bohaterów. A choć nie jest to porywająca książka to uważam, że naprawdę warto się z nią zapoznać.


Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję wydawnictwu Genius Creations

.fanpage instagram twitter lubimy czytać

PS. Uczestników wyzwania serdecznie zapraszam do facebookowej grupy, która powstała, aby dzielić się swoimi upadate'ami i poleceniami :) kliknij tu -> Czytam nie tylko Amerykanów!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...