Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2020

Cienie Nowego Orleanu - Maciej Lewandowski


Odkąd tylko pamiętam zawsze miałam słabość do mrocznych i dusznych opowieści, które podczas czytania wręcz metaforycznie oblepiają cię swoim brudem. Stanowiły jedyny rodzaj książek, potrafiący mnie jednocześnie wciągnąć oraz przerazić do tego stopnia, że zamykałam okno w środku upalnej nocy, choć mieszkam na drugim piętrze i nie mam przy oknie czegokolwiek po czym ktoś niepożądany mógł się wspiąć. Bardzo trudno też byłoby mi znaleźć takie opowieści. Nabawiłam się wręcz dość sporego wstrętu do thrillerów, ponieważ wiele z nich nie oferowało mi właśnie tego uczucia już od pierwszej strony. Z tego powodu też bardzo bałam się lektury Cieni Nowego Orleanu, ale potem przeczytałam pierwszą stronę i moje zdanie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.

John Legrasse podczas rytunowej akcji nalotu na dziuplę przemytników we francuskiej dzielnicy odnajduje zmasakrowane zwłoki młodej, czarnoskórej kobiety. Wszystko wskazuje na mord rytualny, który łudząco przypomina policjantowi sprawę sprzed wielu lat. Wspomnienia wybuchają w nim na nowo, przez bez względu na okoliczności i przeszkody nie spocznie, póki nie pozna prawdy.

Lewandowski bardzo realistycznie i skrupulatnie tworzy atmosferę Nowego Orleanu z początku dwudziestego wieku. Tworzą go przede wszystkim barwni bohaterowie reprezentujący niezwykle różne grupy społeczne a nawet kręgi kulturalne. Ten niezwykle udany misz-masz charakterów świetnie pasuje mi do amerykańskiego społeczeństwa, a dodatkowo autor bardzo umiejętnie łączy ich światy w jeden. Szczególnie świetnie wyszło wplątanie w to wszystko elementów grozy nawiązujących do pogaństwa oraz dzieł H.P. Lovecrafta. Wątek kryminalny rozpoczyna się bardzo dobrze, jednak mam wrażenie, że w pewnym momencie autor zaczyna przerzucać formę nad treścią. Również niejednoznaczne zakończenie niekoniecznie mnie zadowala. Co nie zmienia jednak faktu, że potrafił w wielu miejscach bardzo mnie zaskoczyć.

Legrasse jest bardzo interesującą postacią. Niezwykle doświadczony policjant, którego u schyłku kariery zaczynają dopadać demony przeszłości w związku z nierozwiązaną sprawą. Praca wciąż wiele dla niego znaczy i jest w stanie zrobić dla niej wszystko, jednak mam wrażenie, że zaczyna go męczyć. Szkoda mi trochę niewykorzystanego potencjału jego partnera. Mam wrażenie, że mógłby naprawdę nieźle namieszać w całej tej historii, gdyby tylko dano mu jakąś większą szansę. 

Cienie Nowego Orleanu to książka, która miała okazję wbić się do czołówki moich ulubionych thrillerów, jednak kilka minusów nie pozwoliło jej na to. Wciąż jednak pozostaje bardzo fajną i wciągającą historią osadzoną w dwudziestowiecznym Nowym Orleanie. Świetnie odwzorowuje wizję amerykańskiego społeczeństwa w tamtych czasach i idealnie buduje klimat grozy. Warto dać jej szansę, bo a nóż widelec tobie spodoba się bardziej niż mi.

wtorek, 27 października 2020

Odechce wam się świętować. Na zawsze - "Upiorne Święta"


Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się przede wszystkim z ciepłem, dobrocią, miłością, rodzinnym czasem, dobrym jedzeniem i prezentami. Ten wyjątkowy klimat często zaczyna nas już otaczać niekiedy już w październiku, kiedy na sklepowych półkach zaczynają się pojawiać ozdoby i słodycze z najpopularniejszymi, świątecznymi motywami. Również wydawnictwa nie zwlekają, zalewają rynek mnóstwem uroczych opowieści o tym wyjątkowym okresie. Zazwyczaj ich unikałam, bo w przeważającej większości nie trafiały w mój gust. W końcu jednak po latach odnalazłam coś świątecznego, co naprawdę mnie zainteresowało.  

Upiorne Święta to antologia opowiadań grozy uznanych polskich - i jednego zagranicznego - autorów obracających się w tych kręgach literackich, których akcja odbywa się w święta Bożego Narodzenia. Każdy z nich podszedł do tego tematu zgoła inaczej, w niektórych przewijają się wątki istot nadprzyrodzonych, w innych tematyka bardziej w klimatach fantastyki naukowej, a nawet porachunki mafijne. Stworzyło to bardzo fajny zbiór różnorodnych opowieści, które jak dla mnie nie wszystkie były straszne, ale na pewno bardzo wciągały. Zaplanowałam sobie, że będę czytać jedno opowiadanie dziennie, a w ostateczności pochłonęłam całość w zaledwie trzy dni. 

Mam wśród nich swojego faworyta i zdecydowanie jest nim 87 centymentrów Artura Urbanowicza. Autor nadal trzyma się prowincjonalnego klimatu wiosek otaczających Suwałki. Tym razem grasuje tam seryjny morderca, którego policja ni w ząb nie może rozgryźć, ponieważ nie trzyma się schematu. Tymczasem grupka nastoletnich znajomych postanawia urządzić sobie wspólną Wigilię w dworku na odludziu, a na policję wpływa zgłoszenie o pojawieniu się tajemniczej maszyny na jednym z pobliskich gospodarstw. Od samego początku wydawało mi się najbardziej interesujące, miał rozbudowaną fabułę, świetnych bohaterów i przede wszystkim kupił mnie niesamowitym zwrotem akcji na sam koniec. Chciałabym zobaczyć je w wersji filmowej!

Pozostałe opowiadania były na mocno wyrównanym poziomie. Z takich, które przykuły moją uwagę i zostały w głowie na później na pewno mogę wymienić też Rezerwat. Kryje się za nim bardzo fajna koncepcja całej powieści osadzonej w postapokaliptycznym świecie. Hanna Greń stworzyła interesującą intrygę w świecie mafii. Jestem zaskoczona, że jedynie w jednym tekście spotkałam się z wykorzystaniem świata pozagrobowego, bo jest to dość popularny motyw horrorów. Sam pomysł na to opowiadanie jest bardzo fajny, jednak wykonanie już trochę kuleje. Tekst Jakuba Ćwieka, który był w sumie drugim autorem, dla którego sięgnęłam po ten zbiór, nieco mnie zawiódł. Czytało się go dobrze, wciągał, ale zabrakło mi gdzieś głębi i tej straszności.

Upiorne Święta może nie sprawiły, że zaczęłam tęsknić za świętami i chciałam poczuć ten klimat już teraz, ale były naprawdę bardzo fajną lekturą, którą czyta się w ekspresowym tempie. Artur Urbanowicz ustawił poprzeczkę dla pozostałych autorów bardzo wysoko, dlatego nie chcę ich oceniać zbyt surowo. Ich teksty również były świetne, jednak w porównaniu z 87 centymetrów nie mają żadnych szans. Myślę, że będzie to idealna lektura dla miłośników literatury grozy, którym brakuje po prostu świątecznych historii, które byłyby stworzone idealnie dla nich.

wtorek, 1 września 2020

Głosząca Kres - Jay Kristoff


Przyznam się wam szczerze, że siedzę nad tym tekstem już kilka ładnych tygodni i wciąż nie umiem wykrzesać z siebie czegoś wartego publikacji, a właściwie to nawet czegokolwiek. Jednak mój stos hańby zaległych recenzji znowu zaczyna się niebezpiecznie rozrastać, dlatego uznałam, że pora wreszcie usiąść, wziąć się w garść i napisać wam co uważam o Głoszącej Kres. Nawet jeżeli nie umiem znaleźć odpowiednich słów to napisanie chociaż o tym, często bardzo pomaga i nagle z jednego zdania, które niby ma być żalem, rozrasta się cała, całkiem zjadliwa recenzja, więc może i tym razem się uda.

Wojna domowa w Shimie to już kwestia zaledwie kilku dni. Aisha - ostatnia przedstawicielka rodu cesarskiego - umarła bezpotomnie i Gildia Lotosu upatruje w tym swojego momentu na sięgnięcie po władze absolutną. W tym celu mają zamiar wykorzystać niedobitki samurajów oraz swoją tajną broń. Rebelianci zaś całą nadzieję pokładają w tancerce burzy, Yukiko i jej arashitorze Buruu. Nastolatka, targana własnymi problemami, zdaje sobie sprawę, że w pojedynkę nie wygra nawet jednej potyczki, a musi znaleźć sposób na wygranie całej wojny.

Nie mogę nie zacząć od stwierdzenia, że Głosząca Kres to moja ulubiona część z całej trylogii Wojny Lotosowej i ma na to wpływ naprawdę wiele czynników. Przede wszystkim bardzo dużo się w niej dzieje. Nigdy nie wiesz, gdzie zaraz wyląduje któryś z bohaterów i jaki kolejny zwrot akcji pojawi się za rogiem. W tym wszystkim Jay Kristoff dalej umiejętnie oraz ciekawie rozbudowuje świat przedstawiony. Cieszę się bardzo, że mogłam bliżej poznać nieco kultury oraz zwyczajów gaijnów oraz przede wszystkim ich stosunek do tego, co Shima robiła przez ostatnie dekady. Poza tym zostaliśmy też nieco bardziej wprowadzeni w świat tygrysów gromu, a co za tym idzie w końcu w pełni poznajemy przeszłość Buruu. Najbardziej jednak zaciekawił mnie ostatni wątek, którego nie chciałabym wam zdradzać, ponieważ moim zdaniem jest to największe zaskoczenie. Po prostu nie chcę psuć wam niespodzianki.

Jestem pod naprawdę ogromnym wrażeniem, jakie przemiany zaszły w wielu bohaterach Głoszącej Kres. Yukiko bardzo wydoroślała i dojrzała, ponieważ spadł na nią ogrom odpowiedzialności za siebie, innych oraz przede wszystkim za naród, który pokłada w niej wielkie nadzieje. Dziewczyna jednocześnie myśli bardzo trzeźwo i rozsądnie, liczy się ze swoimi możliwościami, ale i też nie boi się podejmować ryzykowanych kroków. Wśród wojennego zgiełku Hana odnajduje siebie, swoje miejsce na ziemi, ale przede wszystkim jednak w końcu nie boi się iść za głosem serca. Yoshi wydaje się bardzo zagubiony, kieruje nim chęć zemsty i po prostu musi popełniać własne błędy, aby w końcu przejrzeć na oczy. Buruu nabrał dużo więcej majestatyczności i w końcu stał się tym dumnym tygrysem gromu z shimańskich legend. Jego historia jest bardzo interesująca i bardzo umiejętnie została wykorzystana przez autora w toku fabuły. Kin bardzo mi zaimponował. Pomimo tego w jaki sposób został potraktowany przez Kage w poprzednich tomach nadal walczył u ich boku o wolną Shimę i przede wszystkim przebaczenie pewnym osobom na pewno nie było łatwe.

Niesamowicie mi szkoda, że to już koniec tej bardzo klimatycznej historii, jednak na pewno był to odpowiedni moment na zakończenie całości. Tym bardziej, że Jay Kristoff zrobił to w naprawdę epickim stylu. Cała Głosząca Kres to rollercoaster wrażeń i zwrotów akcji. Szczególnie polubiłam wątek, o którym - jak już wcześniej wspomniałam - nie będę wam opowiadać ze względu na spoilery oraz kreacje bohaterów. Jeśli lubicie kulturę Japonii czy Dalekiego Wschodu oraz/lub literaturę fantastyczną to na pewno jest to lektura w stu procentach dla was. 

sobota, 23 maja 2020

Dwór Mgieł i Furii - Sarah J. Maas


Twórczość Sarah'y J. Maas budzi we mnie skrajne emocje. Miałam bardzo wysokie wymagania wobec Szklanego Tronu i chyba to było gwoździem do trumny tej serii. Oczywiście nie spisuje jej całkowicie na starty i traktuje raczej jako zwykłe czytadło niż pompatyczną powieścią fantastyczną. Po prostu do mnie nie przemówiła. W pewnym momencie nawet zgubiłam się, co tam się właściwie już dzieje. Mimo wszystko dałam autorce drugą szansę i sięgnęłam po Dwór Cierni i Róż, w którym po prostu przepadłam. Historia Feyry i Tamlina niesamowicie mnie wciągnęła, dlatego musiałam sięgnąć po kontynuację.

Po setkach lat tyranii Prythian nareszcie jest wolny od krwawych rządów Amaranthy. Wydawałoby się, ze teraz już wszystko będzie dobrze i Feyra oraz Tamlin mogą żyć długo i szczęśliwie. Nie wszystko jest jednak takie kolorowe. Dziewczyna nigdy nie chciała być prawdziwą księżniczką z bajki i teraz czuje się, jakby żyła pod kloszem. Chce brać udział w polityce, walkach oraz polowaniach, na co niestety nie pozwala jej narzeczony. Ucieczką okazuje się przysięga złożona Rhysandowi, która zobowiązuje ją do spędzenia kilku tygodni w każdym miesiącu na Dworze Nocy. To właśnie tam Feyra odkrywa, przed czym tak gorliwie chroni ją Tamlin. Czy Prythian rzeczywiście jest już bezpieczny?

Słyszałam wiele nieprzychylnych opinii na temat drugiego tomu Dworów, ze względu na to, co wydarzyło się w nim z postacią Tamlina. Ja jestem jednak odmiennego zdania. Całkiem lubiłam tą postać, jednak jego rozwój w Dworze Mgieł i Furii jest bardzo ciekawym i realistycznym zabiegiem fabularnym, bo on dopiero teraz pokazał swoją prawdziwą twarz. W poprzedniej części mógł dawać jedynie subtelne znaki. Poza tym bardzo wciągnęłam się w akcję, która wydarzyła się w tej części. Sarah J. Maas świetnie rozbudowuje świat przedstawiony. Sięga poza granice Prythianu i świata ludzi oraz dodatkowo nawiązuje do legend i mitów związanych z poszczególnymi krainami, szczególnie jeśli chodzi o samo stworzenie świata przedstawionego. Przy tym nie zapomina również o rozwoju bieżącej akcji. Niesamowicie spodobało mi się, że przemiana Feyry w Fae nie przebiegła bez konsekwencji, a jej skutki mają bardzo ważną rolę w całej historii. Od początku do samego końca bardzo wiele się dzieje, co niesamowicie wciąga w sidła tej powieści. Nawet wątek miłosny jakoś nieszczególnie mnie mierzwi, bo jakby relacje między ukochanymi rozwijały się bardzo powoli, póki oni sami nie byli w stu procentach pewni, że są sobie przeznaczeni.

Niemal czułam ból Feyry przebywającej wiecznie w czterech ściana, wśród ludzi którzy oceniali każdy jej krok. Dodatkowo cały czas spędzała jedynie nad przygotowaniami do ślubu, w kwestii którego nie miała do powiedzenia właściwie nic. Całość miała być idealna dla kapłanek Fae, nie dla niej. Nie dziwię się, więc że chciała od tego uciec i wreszcie to zrobiła. Z Rhysandem mogła być sobą i jednocześnie decydować o sobie samej. Książę Nocy z kolei pod maską drania wobec innych dworów ukrywa człowieka o bardzo interesującej historii, ciekawym charakterze i nieco miękkim sercu. Życie nauczyło go jednak nie zwlekać, a działać zanim będzie za późno. Z tego powodu obecność Feyry na jego dworze jest mu na rękę i przyznam, że bardzo umiejętnie to wykorzystał. Tamlin zyskał u mnie ogromnego minusa, ponieważ okazał się być po prostu strasznym zazdrośnikiem i trzymał Feyrę na bardzo krótkiej smyczy. Dokładnie to samo Lucien, który nie potrafił mu się sprzeciwić. Całkiem inaczej odebrałam przyjaciół Rhysanda. Są zbiorem bardzo ciekawych osobowości. Każdy z nich ma swoje własne historie - jedni mniej lub bardziej mroczne - które ukształtowały z nich wspaniałych ludzi.

W tej chwili nie umiem powiedzieć, czy bardziej przemawia do mnie pierwsza czy druga część tej serii, jednak w obu totalnie przepadałam. Na bazie baśni o pięknej i bestii Sarah J. Maas zbudowała cudowną i niezwykle wciągającą serię fantasy. Przemawia za tym genialna konstrukcja świata przedstawionego, interesująca fabuła i przede wszystkim skupisko genialnych bohaterów, którzy nie są idealni. O ile Szklany Tron totalnie do mnie nie przemówił, o tyle w Dworach totalnie pokochałam i już nie mogę się doczekać aż będę mogła kontynuować czytanie tej serii. Nie obraziłabym się nawet, gdyby na jej podstawie powstał jakiś dobry serial.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Fałszywy Pieśniarz - Martyna Raduchowska


Fałszywy Pieśniarz to kolejna książka, z której recenzją mam malutki problem. Siadam do napisania jej  i w głowie pojawia mi się totalna pustka, bo nie umiem odnaleźć odpowiednich słów na opisanie wam, dlaczego jest taka dobra. Głównie ze względu na fakt, że jest to kolejny tom i bardzo nie chciałabym się powtarzać. Spróbujmy jednak napisać coś sensownego, co przekona was do tej serii.

Po uratowaniu duszy Mikołaja, Ida zostaje pełnoprawnym członkiem Wydziału Opętań i Nawiedzeń, a Kruchy jej partnerem. Jednak dziewczyna nie czuje się tam mile widziana, do tego w ogrodzie Kusiciela odnajdują zwłoki nieznanego mężczyzny. Ich ekshumacja ponosi za są serię tajemniczych samobójstw.

Przyznam szczerze, że sprawa rozwiązywana w tym tomie była bardzo fajnym dopełnieniem całości wątku związanego z Kusicielem. Wyjaśniła naprawdę wiele niedopowiedzeń z poprzednich tomów i moim zdaniem czyni to Fałszywego Pieśniarza idealnym zamknięciem serii. Wrażenie to potęguje fakt, że uzupełniona została przeszłość Kruchego, a także pojawił się dość fajny wątek związany z wątpliwościami odnośnie daru Idy. Bardzo to do mnie przemówiło ze względu na to, że moce dziewczyny są bardzo rzadko spotykane i sama Tekla niewiele o nich wiedziała. Co najważniejsze Martyna Raduchowska cały czas trzyma poziom serii - jest ona cały czas tak samo wyciągająca, nieco mroczna i przede wszystkim przezabawna. Przyznam nawet, że ten główny wątek kryminalno-magiczny był niezłą miazgą. A! Byłabym zapomniała, ale w końcu wyjaśnił się wątek samego Pecha, który również bardzo mnie zaciekawił.

Przy trzecim tomie, którego akcja ciągnie się ciurkiem zaraz po poprzednim najciężej napisać coś o samych bohaterach. Ida powoli przekonuje się do tego, że jednak ma jakieś magiczne moce, choć z każdym kolejnym rozdziałem jest jej trudniej. Kruchy z kolei cały czas pod maską luzaka próbuje przezwyciężyć demony swojej przeszłości. Do tego fajnie rozwijająca się między nimi relacja, która kiedyś może przerodzić się w głębszą relacje. Samego Kusiciela może nie poznajemy jakoś dobrze, ale autorka fajnie przedstawia nam zawiłości jego rozumu. No i przede wszystkim mój ulubiony w tym wszystkim - Pech, który okazał się być bardzo ważnym wątkiem. Natura jego istnienia została wyjaśniona w całkiem zgrabny sposób.

Z każdym kolejnym tomem coraz bardziej zakochuje się w tej serii i z bólem muszę przyznać, że naprawdę widziałabym Fałszywego Pieśniarza jako ostatnią część. Wszystkie wątki zostały wyjaśnione i nie bardzo wiem, o czym dalej miałaby ona opowiadać. Niemniej serdecznie wam ją polecam. Szczególnie, jeśli szukacie nieco groteskowej powieści fantastycznej z dużą doża humoru oraz niepospolitymi bohaterami, a do tego napisanej przez naszą rodzimą autorkę.

sobota, 14 grudnia 2019

Oczy Uroczne - Marta Kisiel


Przed przeczytaniem tej recenzji chciałabym was uprzedzić, że zapewne poczujecie się zaskoczeni. Oczy uroczne nie będą kolejną powieścią Marty Kisiel, którą będę wychwalać pod niebiosa. Z drugiej strony nie uważam jej też za jakiś totalny niewypał i klapę. Po prostu, w przypadku tych bohaterów i tej historii coś nie do końca między nami zagrało.

Na miejscu starej Lichotki powstał nowy domek, który dzisiaj zamieszkuje Oda wraz ze swoim czortem Bazylem oraz uratowanym szczeniakiem Kuleczką. Kobieta pracuje w pobliskiej przychodni, gdzie w krótkim czasie pojawiają się pacjenci z niebezpiecznymi ranami i niepokojącymi historiami o ich powstaniu. Dodatkowo Bazyl wymyka się z domu w tajemniczych sprawach osobistych, a jej przyjaciel Roch zaczyna się dziwnie zachowywać.

Nie powiem w tym miejscu, że pomysł na tą historię jest totalnie skiepszczony i czytało mi się okropnie. Wręcz przeciwnie - fabuła jak zawsze jest niesamowicie interesująca oraz wciągająca. Akcja kręci się głównie wokół tego, co kryje las oraz przeszłości Ody, które w pewnym momencie zaczynają się zazębiać. Ogromnie intrygowało mnie również, co takiego ukrywa przed swoją opiekunką mały czort. Nie zgrał mi jedynie wątek miłosny, który niby nie był jakiś szczególnie oczywisty - ze względu na to, że wydarzenia poznajemy z perspektywy Ody - ale zachowanie Rocha totalnie zdradzało, o co w tym wszystkim chodzi. I to ono w tym wszystkim najbardziej mnie irytowało.

Oda jest kobietą powoli wchodzącą w okres wieku średniego, choć cały czas zachowuje w sobie dobroć oraz bezinteresowność. Potrafi przełamać w sobie strach i przyjść z pomocą najgorszemu wrogowi. Roch za to jest z pozoru wiecznie markotnym, osowiałym odludkiem, który nie potrafi mówić o swoich uczuciach. Gdzieś w środku siebie ukrywa jednak ogromne serce, które pragnie troszczyć się o Odę. Podczas czytania Szaławiły bardzo polubiłam Bazyla, a tutaj według mnie zachowywał się niesamowicie dziecinnie. Za to bardzo polubiłam Michałkę, który wygląda na niesamowicie nieodpowiedzialnego, ale w rzeczywistości świetnie radzi sobie z dziećmi (i Bazylem). Jest bardzo pomocny i pracowity. Nie przepuści żadnej okazji, żeby uczciwie zarobić trochę grosza.

Nie będę zachwycać się Oczami Urocznymi, ani jakoś szczególnie nie będę też ich ganić. Jak na miarę Marty Kisiel to historia jest naprawdę świetna - wciągająca, ciekawa, z nawiązaniami do mitologii słowiańskiej. Po prostu jeden wątek, a konkretniej jedna postać, mnie tutaj dość mocno irytowała. Mimo wszystko fanom twórczości Kisiel nadal polecam zapoznać się z tą książką oraz serią, a nóż widelec wam jednak Roch przypadnie do gustu.

sobota, 26 października 2019

Nomen Omen - Marta Kisiel


Miałam ten tekst rozpocząć zupełnie inaczej. Chciałam powiedzieć wam, żebyście nie czuli zdziwieni czy też zaskoczeni, że recenzja Nomen Omen pojawia się tutaj po raz drugi. Z przykrością jednak musiałam stwierdzić, że nie poczyniłam wcześniej posta o mojej ulubionej powieści mojej ulubionej autorki. Jest mi z tym nieco dziwnie, bo na pewno wspominałam wam o niej miliony razy. Dzisiaj jednak naprawiam ten błąd i wrzucam calutki tekst poświęcony jedynie Nomen Omen.

Salomea Klementyna Przygoda została przez życie pokarana nie tylko nietypowym imieniem, ale również dziwaczną rodziną. Matka chce za wszelką cenę uwolnić jej rozbuchany erotyzm. Ojciec mentalnie żyje w XIX wieku, a młodszy brat to zakała ludzkości, nierób i darmozjad. Jedynie babcia Isia stara się wesprzeć ukochaną wnuczkę. To za jej namową dziewczyna wyprowadza się do Wrocławia, gdzie zamieszkuje pod dachem nieco ekscentrycznej starszej pani. Wszystko w życiu Salki zaczyna się układać po jej myśli... Do momentu, gdy Niedaś próbuje utopić ją w Odrze.

Czytałam tą książkę już trzeci raz i po prostu muszę na opak zacząć od oceniania zakończenia, ponieważ za każdym razem jest ono dokładnie tak samo rozczulające i jednocześnie idealnie pasuje do całości. Sama fabuła to doskonały przykład prozy Marty Kisiel, którego od tak po prostu nie da się odłożyć bez skończenia. Nie wiem czy będę potrafiła opowiedzieć to w ten odpowiedni sposób, ale spróbujmy. Chodzi o ten rodzaj powieści, w której na każdym kroku czeka nas niesamowity gag lub zwrot akcji. Autorka potrafi wprowadzić świetne żarty sytuacyjne, a wszystko to jest jeszcze dokraszone genialnym stylem pisania i wciągającą historią. W pewnym momencie zaczyna się robić poważnie, bo odwołujemy się do literatury romantyzmu oraz czasów II wojny światowej, ale nawet wtedy nie znika ten typowy dla Nomen Omen nieco niepoważny i żartobliwy klimat. Jest to jakby, nieco przerysowany/wyolbrzymiony opis rzeczywistości z dużą doża wątków fantastycznych.

Salka jest nieco niezdarna i może trochę przewrażliwiona w pewnych sprawach, ale to naprawdę fajna postać. Stara się uciec przed wybrykami członków swojej rodziny, ale one chodzą za nią jak mantra. Jeśli widzi w czymś szansę to nie owija w bawełnę, tylko od razu bierze się do roboty. Niedaś zaś to typowy student - w głowie mu tylko imprezy i najbliższe 24 godziny. Nawet nie do końca wie co się dzieje na zajęciach. Babcia Isia to cudowna kobieta, która kocha swoje wnuki i zawsze znajdzie czas i dobrą radę dla Salki. Ma jednak swoje słabości oraz nieco mroczną przeszłość. W międzyczasie poznajemy też równie ekscentrycznych Bartke i Basię, którzy stają się bardzo ważnymi postaciami. O starszej pani jednak nie będę za dużo mówić, bo to wyjaśnienie całej sytuacji to chyba moja najbardziej ulubiona scena. ;)

Podsumowując, Nomen Omen to po prostu genialna powieść, od której nie tylko nie da się  oderwać, ale również nie da się do niej nie wrócić. Styl Marty Kisiel jest niesamowity - idealnie potrafi łączyć tematy poważne z żartami. Wielokrotnie odwołuje się do ważnych elementów naszej kultury i potrafi przy tym niesamowicie zaciekawić. Co jednak najważniejsze stworzyła postacie, o których nie da się zapomnieć, ponieważ są niemal jak żywe i każdy ma swój własny, niepowtarzalny charakter oraz dziwactwa. Jeżeli jeszcze nie czytaliście żadnej jej powieści to koniecznie zapoznajcie sie z choć jedną! Na początek jednak szczególnie polecam właśnie Nomen Omen.

wtorek, 13 sierpnia 2019

Rubież - Marcin A. Guzek


Gdyby — przed sięgnięciem po Komandorię 54 - ktoś powiedział mi, że będę szaleć za bohaterami tej serii, to na pewno nie wzięłabym go do końca na poważnie. Szata graficzna prezentuje się owszem bardzo ładnie, ale raczej nie przywodzi na myśl książki, która mogłaby zaskrobać sobie ode mnie coś więcej poza tym, że było okej. Jednak autor tego dokonał i sprawił, że wylałam trochę łez nad jego postaciami, więc tym bardziej ucieszyłam się, widząc kolejny tom w zapowiedziach. Już wiedziałam, że koniecznie muszę go przeczytać.

Kilka lat po upadku Komandorii 54 sytuacja wydaje się niemal sielankowa. Na rubieżach powstała nowa siedziba Szarej Straży, której dowodzi książę Nathaniel Everson, mając pod sobą większość swoich kolegów sprzed lat. Jednak jeden ze strażników ginie w tajemniczych okolicznościach w pobliskim mieście, Sklavianie szykują się do kolejnych najazdów, a do tego wiedźmy przepowiadają przybycie demona wojny. Tym razem bohaterowie nie poradzą sobie sami. Ich jedyną nadzieją jest pomoc ze strony Imperium.

Marcin Guzek nie bawi się z czytelnikiem. Nie ma przypominania wydarzeń z poprzedniego tomu, tylko od razu przechodzimy do dalszej części fabuły. Często też odwołuje się do Komandorii 54, więc w pewnych momentach bez znajomości wcześniejszej części można się nieco pogubić w akcji i relacjach między bohaterami. Według mnie jest to jednak ogromny plus dla autora, ponieważ skupia się na rozwijaniu postaci oraz świata przedstawionego, zamiast roztrząsać przeszłość.

Główna oś fabularna Rubieży skupia się na powiedzeniu „historia kołem się toczy". Nasi bohaterowie w dalszym ciągu wykonują swoje główne obowiązki, czyli walka z zabobonami i czarami wśród mieszkańców krańców Imperium. W tym miejscu autor w świetny sposób kreuje obraz społeczeństwa, którym zapewne byli Polacy w czasach Mieszka I, tuż po chrzcie, kiedy w bardzo intensywny sposób walczono z poganami na naszych ziemiach. Do tego dochodzi im sprawa płaszczobójstwa oraz zapowiadane przez wiedźmy nadejście Amanthu. W to wszystko idealnie wkomponuje się kolejny najazd dzikich z puszczy rozciągającej się tuż za rubieżami. Tym razem jednak wszystko jest jakby na większą skalę. Wszystkiego jest więcej i jedynym ratunkiem dla tych ziem jest pomoc ze strony Imperium.

W dalszym ciągu akcja nie skupia się na jednej głównej postaci, a kręci wokół całej grupy szarych strażników oddelegowanych do Komandorii 42. Na jej czele stoi dobrze już nam znany Nathaniel, który uzyskał swoją posadę nie tylko dzięki dobremu urodzeniu, ale również świetnym umiejętnością przywódczym i skromności. Jednak w niektórych momentach wierzy po prostu w cuda. Lucius w poprzednim tomie był skromnym, nieśmiałym i oczytanym człowiekiem. Przyniosło mu to jednak świetne owoce. Jest mnichem w Komandorii i strażnicy wielokrotnie przychodzą do niego rady i niezbędne informacje. Założył rodzinę, którą otacza opiekę i ogromną miłością. Magnus wybrał życie nomada i wędruje po Rubieżach, uwalniając ludzi od złych wiedźm. Świetnie żyje mu się w samotności, a kiedy ma dowodzić większej grupce, zaczyna czuć się niepewnie, choć wychodzi mu to całkiem nieźle. Cassandra odnalazła swoje miejsce i może doskonalić swoje umiejętności Widzącej. Możemy poznać również wiele nowych i ciekawych postaci m.in. księcia Aureliusa, który w przyszłości będzie świetnym Imperatorem, ponieważ nie boi się poznać problemów ludności od podszewki. Sklavianie również przestają być tylko dzikimi z puszczy, a zyskają nieco obyczajowości. Są ludem z nieco luźniejszym obyciem, a śmierć w polu bitwy uznają za wielki honor.

Rubież była fajnym powrotem do uniwersum Szarych Płaszczy. Bohaterowie z poprzedniego tomu dorośli, kilku z nich poszło w swoje ślady, jednak w najważniejszym momencie wszyscy znowu zebrali się w tym samym miejscu, aby stanąć do walki przeciwko Sklavianom. Autor podsyca atmosferę jeszcze kilkoma innymi wątkami pobocznymi oraz nowymi postaciami, dlaczego mam nadzieję na ciąg dalszy. Wam za to serdecznie polecam zapoznanie się z historią grupki rekrutów z dalekich rubieży.

sobota, 29 czerwca 2019

Gdzie diabeł mówi dobranoc. Tom 1. Księżyc jest pierwszym umarłym - Karina Bonowicz


Niewiele jest książek, które od pierwszych stron sprawiają, że kompletnie nie możesz się oderwać i jeszcze do tego co kilka zdań lub stron wybuchasz niepohamowanym śmiechem. Szczególnie, gdy twoje poczucie humoru jest dość specyficzne i niektóre żarty autorów po prostu do ciebie nie trafiają. Najpierw była Marta Kisiel, potem dołączyła do niej Martyna Raduchowska i Aleksandra Rumin, a teraz w tym poczcie pojawia się nowe nazwisko - Karina Bonowicz. Jeszcze do tego przyznam, że zrobiła to z niezłym przytupem.

Po tym, jak rodzice Alicji zginęli w wypadku samochodowym, dziewczyna musi przeprowadzić się do swojej jedynej żyjącej krewnej. Sama nazwa małego miasteczka na Podkarpaciu już nie brzmi dobrze. Ciotka Tatiana mieszka w Czarcisławiu i jest znachorką. W szkole wyczekiwano jej niczym przylotu papieża, a do tego klasy są tak małe, że nie da się być niezauważonym. Okazuje się również, że dziewczyna z Warszawy nagle może zgubić się w tak małej miejscowości. No i przede wszystkim ciotka ewidentnie coś przed nią ukrywa i Alicja dowie się o tym prędzej niż później.

Szczerze powiedziawszy to na pewno nie znajdę idealnych słów, żeby jak najlepiej opowiedzieć wam i zarekomendować powieść Kariny Bonowicz. Głupie "na pewno będziecie się przy niej dobrze bawić" to zbyt mało powiedziane. Ona jest po prostu jednocześnie zbyt dobrze przemyślana i zbyt zabawna. Autorka przygotowała idealne połączenie fantastyki, komedii oraz słowiańskich wierzeń, w których na dodatek wyczuwam nieco satyry na współczesne powieści młodzieżowe.

Fabuła jest przygotowana w najdrobniejszych szczegółach. Wraz z Alicją odkrywamy meandry mitologii słowiańskiej oraz tego, co wyczyniali jej przodkowie i co należy zrobić, aby to odkręcić. Bardzo spodobało mi się to, że każda sytuacja lub powzięta decyzja potrafiła sprzeciwić się bohaterowi, zawsze wszystko było przeciwko im. Poza tym styl Kariny Bonowicz jest genialny - czytając płynęłam przez historię, a bohaterowie w mojej wyobraźni byli niczym żywi. Zostało mi też zaserwowane kilka fajnych wątków pobocznych, zaskoczeń i zwrotów akcji. Do tego stopnia, że dopadł mnie mały kac książkowy, choć dawno żadnego nie miałam.

Jednym z największych atutów powieści są przede wszystkim bohaterowie. Macie dość irytujących bohaterek? Przedstawiam wam Alicję, która poirytuje się za ciebie. Do tego jest indywidualistką, która nie lubi być w centrum uwagi, ale kiedy trzeba twardo broni swojego zdania. Choć ma niewielkie pojecie o świecie, w którym przyszło jej żyć, to stara się sama podejmować decyzje i jest gotowa ponieść ich konsekwencje. Natasza to buntowniczka, która lubi wchodzić z nosem w życie innych, ale jednocześnie jest bardzo inteligentna i zawsze służy radą. Bliźniaki Olga i Borys są nierozłączni niczym popularne papużki. Chłopak czuje potrzebę wyrwania się z tego układu. Choć jest bardzo ułożony oraz mądry, to jednocześnie jest też dobrym przykładem powiedzonka cicha woda brzegi rwie. No i w końcu Nikodem, który od samego początku nieco mnie irytował - typowy tajemniczy bad boy z problemami rodzinnymi, który uważa się za nie wiadomo kogo. Jednak na sam koniec pojawił się promyk nadziei na zmiany. Jeszcze dopowiem, ze ciotka Tatiana niekoniecznie radzi sobie z obraną rolą opieki nad nastoletnią siostrzenicą, przez co wielokrotnie dochodzi między nią a Alicją do sprzeczek. I ostrzegam was - nigdy nie próbujcie niczego co ugotowała i nie jest mrożonką! Polubiłam się też z byłym chłopakiem Tatiany, Wiktorem, który uczy w nowej szkole głównej bohaterki. Szkoda mi też nieco rozwiązania wątku komisarza Malca.

Nieźle się rozpisałam, jednak mam nadzieję, że to dobrze obrazuje pod jakim wrażeniem jestem po przeczytaniu pierwszego tomu Gdzie diabeł mówi dobranoc. Autorka włożyła w nią naprawdę niezły kawał dobrej roboty. Nie tylko pod względem researchu, ale również dopracowania fabuły oraz bohaterów. Humor również odgrywa tutaj znaczącą rolę. To jak - przeczytacie?

sobota, 8 czerwca 2019

oko pustyni - richard schwartz


Nadszedł czerwiec, a co za tym idzie piękne słoneczko za oknem i fala upałów. Przez nią trudną nam wytrzymać nawet w cieniutkich ubraniach. Nie inaczej jest w kolejnym tomie fantastycznej serii Richarda Schwartza, Tajemnica Askiru. Z jednej strony możemy się utożsamiać nieco z bohaterami, a z drugiej strony jest w niej gorąco nie tylko ze względu na wysokie temperatury powietrza.

Wszystkim przyjaciołom Havalda udało się cało wyjść z rąk besarańskich handlarzy niewolników. Zbierają się w domu Stu Studni, w Gasalabadzie. Uratowanie życia przyszłej emiry miasta nie tylko otwiera przed nimi wiele drzwi ludzi z wyższych sfer, które będą mogli wykorzystać do uratowania swojego kraju. Pozostawia im również zagadkę do rozwiązania.

Oko Pustyni przypomniało mi, jak niesamowicie wciągająca jest ta historia. Nawet pomimo tego, że bohaterowie nadal znajdują się w zupełnie innych klimatach oraz mamy do czynienia z zupełnie inną skalą problemu niż w pierwszym tomie, który jak na razie był dla mnie najlepszy. Tutaj wszystko kręci się wokół dworskich intryg pośród władz Gasalabadu. Do tego Leandra zauważa swoja szansę na pozyskanie sojusznika przeciwko Thalakowi i nie zamierza jej wypuścić z rąk. Bardzo podobało mi się rozpoczęcie wątku królowej Illianu i mam nadzieję, że będzie on kontynuowany w kolejnych tomach. Fabuła rozwija się niezwykle dynamicznie. Do samego końca dużo się dzieje, a w finał powieści do dziś nie mogę uwierzyć. Nigdy w życiu bym się go nie spodziewała, dlatego jeszcze bardziej nie mogę się doczekać kolejnych tomów.

Główni bohaterowie trzymają się stworzonego na początku obrazu, ale rozwijają się relacje między nimi. Szczególnie wątki miłosne między Leandrą i Havaldem oraz Sieglinde i Janosem. Niezwykle podoba mi się ten pierwszy związek, ponieważ pomimo różnic i przeciwności losu oboje nadal niezwykle się kochają i wspierają. Do tego poznajemy nieco wyrywkowo fragmenty ich przeszłości. Brakowało mi jednak nieco więcej Zokory z jej kamienną powagą, intelektem oraz elfim pojmowaniem świata ludzi. Z nowych postaci najbardziej polubiłam Faihlyd, która pomimo młodego wieku, rozumie odpowiedzialność związaną z urzędem emira. Jest sprawiedliwa oraz inteligentna. Świetnie nadaje się na władcę. Chciałabym również wspomnieć o jeden postaci, która narobiła dużego zamieszania na koniec, jednak zbyt dużo bym tym zdradziła.

Oko Pustyni utrzymuje świetny poziom serii, choć na pewno nie przebija pierwszego tomu. Czytało mi się ją niesamowicie dobrze i za każdym razem żal mi było ją odkładać. To zasługa dynamicznej fabuły, zwrotów akcji oraz genialnych bohaterów, z którymi nie da się nie zżyć. Jeśli się zastanawiacie nad kontynuacją serii to daję znać, że naprawdę warto. Chyba, że jeszcze jej nie zaczęliście - wtedy serdecznie polecam wam całość. ;)

wtorek, 2 kwietnia 2019

inkub - artur urbanowicz


Po lekturze swojej pierwszej książki autorstwa Artura Urbanowicza wiedziałam, że będę chciała sięgnąć po kolejne jego powieści. Gałęziste miały swój niesamowity urok pogańskich wierzeń oraz odizolowania od cywilizacji. Momentami była może nieco nużąca, jednak zakończenie wynagrodziło mi wszyściutko. Z tego właśnie powodu zdecydowałam się również na lekturę tego grubaska, który wyszedł ostatnio spod jego rąk i był to strzał w dziesiatkę.

Po szczeniackim wybryku podkomisarz Vytautas Cesnauskis wraz z przyjacielem, Mateuszem, za karę zostają oddelegowani do pilnowania ewakuacji wioski niedaleko Suwałk, Jodozior. Oboje pierwszy raz słyszą o tym miejscu. Wygląd ciał odnalezionych w jednym z domów bardzo niepokoi służby. Tymczasem w czasie akcji młody policjant z pobliskiego posterunku popełnia samobójstwo. Nie budziłoby niczyjego zainteresowania, gdyby nie to, że chłopak intensywnie badał historię miejscowości, której mroczne zakamarki kryją się w czasach komunizmu.

Muszę przyznać, że jak na razie Inkub to jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w tym roku. Pomimo jej objętości ani przez chwilę nie czułam się nią znużona, wręcz przeciwnie chciałam czytać, czytać i czytać dalej, byleby poznać dalszy ciąg. Sama fabuła dzieje się na dwóch płaszczyznach czasowych - w 1971 roku, kiedy w Jodoziorach mieszkała czarownica i w 2016, kiedy tajemnicze wydarzenia ponownie zaczynają nawiedzać wioskę. Dzięki temu zyskuje pełny obraz na całą opowieść. Fabuła poza tym, że niesamowicie mnie zaskakiwała to jeszcze wywoływała całą gamę różnorodnych emocji - irytacje, obrzydzenie, radość i zdziwienie. Posiada ona również kilka mankamentów, jak na przykład dość typowe sposoby strasznie czy frustrujące kończenie rozdziałów w kulminacyjnych momentach. Jednak wszystko wynagradza poziom dopracowania wątku czarownic. Autor wskazuje konkretne źródła, z których czerpał informacje oraz inspiracje do stworzenia tego wątku. No i oczywiście zakończenie. Ponownie totalnie wbijające w fotel, ale przede wszystkim otwarte.

Bardzo polubiłam dwójkę głównych bohaterów. Vytautas był nieco nieśmiałym gliną z niską samooceną, ale ogromnym sercem i determinacją. Było to jego największym atutem w pracy policjanta. Jednak niestety nie wiodło mu się prywatnie. Był kiepski w flirtowaniu i nie bardzo mógł znaleźć sobie wybrankę serca. Za przyjaciela skoczył by w ogień. Jego zachowanie w samej końcówce totalnie mnie zaskoczyło i nie wiem co o tym myśleć. Krysia to nastolatka, z typowymi dla jej wieku problemami, czyli szkołą i pierwszą miłością, dodatkowo po śmierci matki to na jej głowie leżą wszelkie pracę domowe. Ojciec chce ją wychować na miastową panią doktor, dlatego posyła do najlepszego liceum w Suwałkach. Sama dziewczyna jest bardzo inteligentna, troskliwa i uwielbia się uczyć. Do Sylwii od początku miałam pewne wątpliwości, jednak to, jak potraktował ją Vitek, sprawiło, że bardzo ją polubiłam. Mateusz był wspaniałym człowiekiem, świetnym przyjacielem i dobrym gliną. Poza tym w pewnych względach totalnie różnił się od Vytautasa. Rodzeństwo Żynda, Jarek i Zuzia totalnie nie przypadli mi do gustu przez swój straszliwy pociąg do złego. Zapałałam ogromną sympatią do Czarka, który jak na swój wiek był bardzo dojrzały oraz romantyczny. No i Wojtek, który był wspaniałym bratem.

Inkub Artura Urbanowicza to istny kalejdoskop wrażeń. Niezwykle wciągająca, zaskakująca i genialnie dopracowana fabuła, a do tego świetni bohaterowie. Wszystko to sprawia, że jestem w stanie zaakceptować kilka drobnych mankamentów i do woli napawać się lekturą. Jestem nią totalnie zachwycona i na pewno będę rozważała jej kandydaturę przy najlepszych książkach tego roku. Przede wszystkim jednak serdecznie wam ją polecam, jeśli lubicie horrory i naszą rodzimą fantastykę w najlepszym wydaniu.

niedziela, 3 marca 2019

alyssa i czary - a.g. howard


Co jakiś czas wraca do nas moda na bardzo mocne inspirowanie książek baśniami czy klasycznymi książkami dla dzieci, które nazywamy retellingami. Nie wiem jaka była najwcześniejsza historia tego typu, ale pierwszą, która odbiła się jakimś większym echem była Saga Księżycowa, które pomimo dużego zainteresowania, w naszym kraju doczekała się tylko dwóch części, ale niebawem mają pojawić się kolejne. Mam jednak wrażenie, że w ciągu ostatniego roku czy dwóch pojawiło się takich powieści dużo więcej i na jedną się skusiłam.

Alyssa w prostej linii pochodzi od dziewczynki, która zainspirowała Louisa Carolla do napisania jego najpopularniejszej powieści. Samo to przynosi jej same kłopoty wśród rówieśników, a do tego ma jeszcze dość unikatowy sposób bycia i ogromny sekret. Jej matka od kilkunastu lat przebywa w zakładzie psychiatrycznym z objawami, które nierozerwalnie kojarzą się z historią Alicji, a sama główna bohaterka odkąd zaczęła dojrzewać słyszy głosy m.in. roślin i owadów. Aby uratować matkę przed terapią elektrowstrząsami, musi udowodnić, że Kraina Czarów naprawdę istnieje.

Początek historii Alyssy bardzo mnie wciągnął i zapowiadał naprawdę genialną lekturę, która być może trochę zmroziłaby mi krew w żyłach. Jednak gdzieś około setnej strony miałam mały kryzys i jakoś nie bardzo mogłam dać się ponieść fabule. Myślę, że było to głównie związane z wątkiem miłosnym, który był niezwykle typowy dla powieści młodzieżowych, jeszcze gdzieś później wyłonił się z niego trójkąt. Niemniej podróż do Krainy Czarów i cała jej kreacja w wykonaniu A.G. Howard niezwykle mnie urzekła, ponieważ była oryginalna, groteskowa i jednocześnie idealnie wpasowała się w wizje Louisa Carolla. Mieliśmy tu do czynienia z totalnym absurdem i wywróceniem rzeczywistości na drugą stronę. Samo rozwiązanie tajemnicy historii rodzinnej Alyssy wbiło mnie w fotel. Nigdy nie spodziewałabym się, że doszło do takiej sytuacji.

Alyssa ma wiele dziwactw i nie stara się ich ukrywać, tylko pokazywać prawdziwą siebie. Nie przynosi jej to oczywiście zbyt wielu przyjaciół i popularności nawet wśród młodych, ekscentrycznych artystów. Do tego bardzo kocha swoją rodzinę i jest w stanie skoczyć za nich w ogień. Drażniła mnie jedynie w momentach, kiedy na scenę wychodził przyjaciel, w którym się podkochiwała lub Morpheus. Sam Jeb jakoś nieszczególnie mi przypasował. W Krainie Czarów zaś mogliśmy spotkać starych bohaterów w nieco innych, groteskowych postaciach - na przykład Królika Białego czy Kota z Cheshire.

A.G. Howard wpadła na naprawdę fajny pomysł z napisaniem sequelu Alicji w Krainie Czarów i w całkiem umiejętnie wprowadził go w życie. Jego wizja świata z powieści Louisa Carolla niezwykle przypadła mi do gustu, a do tego fabuła wielokrotnie zaskakiwała, w szczególnie zakończenie. Główna bohaterka miała ciekawą osobowość, choć nie zgadzam się z wszystkimi jej decyzjami i zachowaniami. Myślę, że Alyssa i Czary przypadną do gustu miłośnikom fantastyki młodzieżowej i właśnie im polecam sięgnięcie po nią.

środa, 23 stycznia 2019

pierwsze słowo - marta kisiel


Dzisiaj po raz kolejny staję przed bardzo trudnym zadaniem wypowiedzenia się na temat książki, która po prostu musiała być dobra. Poziom skomplikowania wzrasta ze względu na fakt, iż jest to zbiór opowiadań. Jest w nim więcej historii, o których chciałabym opowiedzieć jak najwięcej, żeby was przekonać o ich genialności i przy okazji nie zdradzić zbyt wiele z fabuły. Misja z pozoru wydaje się prawie niewykonalna, a jednak podejmę się tego wyzwania.

Pierwsze Słowo to antologia trzynastu opowiadań z całego okresu twórczości mojej ulubionej pisarki, Marty Kisiel. Choć autorka rozpoczyna go słowami, że tak naprawdę nie umie pisać opowiadań jest wręcz odwrotnie. Lektura książki przyniosła mi niesamowicie dużo emocji i wrażeń - od śmiechu poprzez zdziwienie i wzruszenie, aż po łzy. Po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi pisać nie tylko opowieści oparte na zabawnych sytuacjach, ale również takie uderzające prosto w serducho.

Wszystko zaczyna się od jej debiutu literackiego, czyli Rozmowy dyskwalifikacyjnej. Przeróżne postacie zbierają się w kolejce do Komisji do spraw Oryginalności Dzieł i Arcydzieł. Widzę w niej metaforyczny, zabawny komentarz do dzisiejszego społeczeństwa czy niektórych powieści. Szczególnie wzruszające okazały się być Kathabasis czy tytułowe Pierwsze Słowo, które opowiadają o przepięknej relacji matka - dziecko. Mamy tutaj również możliwość ponownego przeczytania pierwszego rozdziału Dożywocia czy dodatku do niego w postaci Szaławiły. To pierwsze było fajnym powrotem do perypetii ulubionych bohaterów, a drugie, przeczytane po raz pierwszy, niezwykle mnie urzekło i jeszcze bardziej zaostrzyło apetyt na kolejny tom. Jadeit i Miasto motyli i mgły były historiami owianymi otoczką tajemnicy i trzymającymi napięcie. W zamku tej nocy z kolei w zabawny sposób parodiuje scenę z Kordiana, kiedy tytułowy bohater szykował zamach na cara. Całe światy Dawida niezwykle trafnie opisywały niektóre zachowania ludzi w internecie. Najbardziej jednak przemówiło do mnie opowiadanie o Stanisławie Koziku, starszym mężczyźnie, który umarł w pracy i kompletnie nikt tego nie zauważył.

Antologie, do tego zebrane z różnych okresów twórczości, zazwyczaj bywają nierówne pod względem jakościowym. W tym przypadku muszę jednak przyznać, że wszystkie opowiadania bardzo mi się podobały i nie mogłam oderwać się od lektury, póki nie poznałam zakończenia akurat czytanego. Dowodzi to, o ogromnym kunszcie  autorki już od początku jej kariery, a do tego cały czas się rozwija.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

filary świata - anne bishop

O powieściach Anne Bishop po raz pierwszy usłyszałam od Abi, która niezwykle zachwalała jej serię Inni. Miałam nawet zamiar właśnie od niej zacząć swoją przygodę z twórczością autorki, jednak zdarzyło się tak, że to jej najnowsza książka znalazła się u mnie pierwsza. Nie do końca umiem powiedzieć czy to dobrze czy źle, ponieważ Filara Świata są nieco specyficzną historią.

Po śmierci matki i babki, Ari zostaje sama z zadaniem, które od pokoleń ciąży na jej rodzinie - pilnowaniem Starego Miejsca. Jednak nastroje w sąsiedztwie robią się coraz bardziej napięte, a dziewczyna przestaje być bezpieczna. Fae nie przejmowali się światem ludzi. Wpadali tylko od czasu do czasu zaznać chwili rozrywki, jednak przejścia zaczynają się zamykać, skazując kolejne ich klany na izolacje. Jedyną wskazówką dla nich jest wzmianka o Filarach Świata.

Zdecydowałam się sięgnąć po tą powieść, ponieważ sam pomysł na znikające fragmenty świata Fae w połączeniu z polowaniami na czarownice bardzo mi się spodobał. Wykonanie jednak budzi nieco moje wątpliwości, ponieważ w wielu momentach miałam wrażenie, że autorka bardziej skupia się na stworzonym trójkącie miłosnym. Szczególnie, że po dwóch-trzech rozdziałach właściwej akcji, przez kolejne kilkadziesiąt stron rozwijały się tylko relacje między Ari a Lucianem i Neallem. Mało który z bohaterów myślał wtedy w ogóle, w jaki sposób ratować siebie czy swój świat. Dopiero, kiedy mieli już nóż gardle zaczęli działać, więc większość akcji skupia się na końcowych stu lub stu pięćdziesięciu stronach. Nie zmienia to faktu, że w jakiś dziwny sposób czytało się tą książką naprawdę przyjemnie i nie miałam większych problemów z wciągnięciem się w przygody bohaterów. No i samo zakończenie całkiem mnie usatysfakcjonowało. Choć był to happy end to nie taki w stu procentach cukierkowy, a do tego Anne Bishop utarła nosa odpowiednim osobom.

Po śmierci matki i babki, Ari czuła się totalnie zagubiona. Szczególnie, że wciąż pomagała ludziom, jak umiała, a oni przestali być dla niej uprzejmi. Zaczęli obwiniać ją o wszelkie nieszczęścia. Do tego nie znała jeszcze w stu procentach swoich mocy. Wydawała się też nieco głupiutka w relacjach z mężczyznami. Bardzo łatwo było zdobyć jej zaufanie. W ostateczności podjęła jednak właściwą decyzję, co do tego z kim chce spędzić całe swoje życie. Neall był bardzo mądrym młodzieńcem, na zabój zakochanym w młodej czarownicy. Robił wszystko, aby zdobyć jej serce i rezygnował z polepszenia swojego do momentu, kiedy ta nie przyjmie jego oświadczyn. Lucian z kolei był typowym Fae - aroganckim lekkoduchem. Dokładnie tak, jak jego siostra. Nie można było im ufać. Z tego schematu wybijała się szczególnie Morag, Zbieraczka. Była bardzo inteligentna i całe rozwiązanie zagadki zawdzięczają tylko jej.

Filary Świata są raczej fajnym guilty pleasure niż genialną powieścią fantastyczną, dlatego mam problem z jej ocenieniem. Z jednej strony naprawdę dobrze i szybko mi się ją czytało, a z drugiej miała kilka naprawdę rażących wad. I choć zakończenie, jak wspomniałam, było dla mnie odpowiednie to zastanawiam się, o czym autorka chce pisać w kolejnych tomach, skoro cała akcja zamknęła się w tym.

wtorek, 1 stycznia 2019

czarny amulet - adam faber


Siedzę i wpatruję się w zdjęcie, bo nie mogę znaleźć odpowiednich słów do opisania tej historii. Na pewno nie jest to seria skierowana do mojej grupy wiekowej, ale zdecydowałam się na lekturę ze względu na sentyment do tego typu historii z dzieciństwa. Dobrze się domyślacie, że jestem jedną z tych osób wychowanych na Harrym Potterze i gdzieś tam rodziła się we mnie ciekawość co do samego porównania użytego przez wydawnictwo. Po pierwszym tomie uznałam, że jest ono nieco nad wyrost, ponieważ serię Adama Fabera i J.K. Rowling nie łączy nic poza magią. Nie byłam też jakoś szczególnie zachwycona, ale postanowiłam przeczytać kolejne tomy i po drugim muszę powiedzieć, że autor coraz bardziej mnie zaciekawia.

Po poznaniu tajemnicy swojego pochodzenia i krainy Jaaru, Kate wyrusza na wakacje do miasteczka wiedźm. Poznaje tam nowych przyjaciół oraz uczy się kolejnych magicznych rzeczy. Jednak nie wszystko jest takie piękne - coś, a raczej ktoś, zaczyna nawiedzać ją w snach. Wraz ze swoim ferem próbuje odkryć jego tożsamość. Tymczasem w to samo miejsce przyjeżdża Jonathan, którego czeka odkrycie prawdy o swoim zmarłym ojcu.

Niewątpliwie największym plusem tej części jest wprowadzenie klimatu grozy, który towarzyszy bohaterom przez całą akcje. Dzięki niemu bardzo szybko udało mi się wciągnąć w historie i w pewnym momencie nie mogłam się już oderwać przed poznaniem rozwiązania wszystkich tajemnic. Miasteczko wiedźm kryje w sobie kilka sekretów, których odkrycie było ich zadaniem. Z ogromną niecierpliwością śledziłam ich poczynania oraz wszystkie kłody, które spadały im pod nogi. Punkt kulminacyjny zaskoczył mnie jednak najbardziej, ale o tym nie chciałabym zdradzać wam zbyt wiele.

Na początku było mi żal Kate w tym tomie, ponieważ została zmuszona do tego wyjazdu. Z tego powodu musiała zrezygnować z wakacji ze swoją najlepszą przyjaciółką, a nowi znajomi na początku wyśmiewali się z jej małych umiejętności magicznych i do tego coś przed nią ukrywali. Tymczasem zdecydowanie bardziej poznawaliśmy postać Jonathana. Chłopak nie miał łatwego życia. Jego ojciec zginął w wypadku samochodowym. Był wychowywany przez matkę, która trzymała go pod kloszem. Do tego zmaga się z cukrzycą i odkrycie prawdy o tacie było dla niego ogromnym ciosem. Bardzo nie lubiłam za to Diany, która była dość dziwna, skryta i opryskliwa.

Nadal uważam, że seria Adama Fabera nie jest niczym wybitnym, tylko dobrą powieścią dla młodszej młodzieży. Jednak w Czarny Amulet naprawdę mocno się wciągnęłam. Ogromny wpływ miał na to klimat oraz bohaterowie, którzy się rozwijali, a zakończenie w żaden sposób mnie nie zawiodło. Na pewno z ogromną chęcią przeczytam kolejne części Kronik Jaaru.

czwartek, 13 grudnia 2018

demon luster - martyna raduchowska


Swoją przygodę z twórczością Martyny Raduchowskiej rozpoczęłam właściwie tylko i wyłącznie przez skojarzenie z Martą Kisiel oraz genialnie zaprojektowaną przez Dominika Brońka okładkę. Wiedziałam, że w tym przypadku intuicja mnie nie zmyli i dostanę dokładnie to, czego po niej oczekuję. Nie pożałowałam tej decyzji, bowiem Szamanka od umarlaków w pełni zaspokoiła moje wymagania. Świetnie zbudowana fabuła oraz świat przedstawiony, do tego genialny humor i ciekawa główna bohaterka. Wszystko to sprawiło, że nie mogłam się doczekać drugiego tomu, a dziś w końcu mogę opowiedzieć wam o swoich wrażeniach. Czy Demon Luster był równie świetny? A może dopadła go klątwa drugiego tomu?

Dusza Mikołaja utknęła po drugiej stronie lustra, a na Idzie wisi odpowiedzialność przeprowadzenia jej na tamten świat. Inaczej sama odejdzie w nicoś. Gdy dziewczyna na własnej skórze zaczyna odczuwać pierwsze zapowiedzi marnego końca, bierze się do poszukiwań sposobu na wyrwanie Kwiatkowskiego z sideł demona. Musi to robić za plecami ciotki Tekli, ponieważ ta wciąż uparcie nie chce jej pozwolić na podróż do wnętrza lustra.

Akcja Demona Luster rozpoczyna się niemal w tym samym momencie, w którym zakończyła się pierwsza część serii Martyny Raduchowskiej. Powracamy do tych samych bohaterów oraz tej samej historii, przy czym autorka konsekwentnie rozbudowuje swój świat. Od samego początku czułam się, jakbym wróciła do domu. Choć pojawiło się kilka nowych postaci oraz ciekawych wątków to świetnie one współgrają z klimatem serii. Całość jest niesamowitym połączeniem dreszczyku grozy oraz genialnego humoru. Z ogromną przyjemnością śledziłam poczynania Idy w poszukiwaniu sposobu na uratowanie się przed nicością, a następnie śledztwo w sprawie tożsamości tytułowego bohatera, które przeprowadziła wraz z Kruchym. Najwięcej emocji przyniosło jednak samo zakończenie, o którym jednak, z czystej przyzwoitości, nie chciałabym za dużo wam opowiadać.

Ida po raz kolejny została zmuszona do robienia tego, czego od początku się wyrzekała - do wykorzystywania swoich mocy. Z jednej strony robi to własnej woli, bo inaczej zniknie w nicości, z drugiej zobowiązuje ją do tego przysięga. Prowadzi to do wielu myślowych starć w jej głowie. Najpierw szuka sposobu, aby uniknąć takiego losu bez wchodzenia do lustra, ale ostatecznie podejmuje się wyzwania. Może przy tym liczyć na nieocenioną pomoc Kruchego, który w tym tomie zyskuje niezwykle interesującą przeszłość. Tekla nadal pozostaje sobą - upartą i ciekawską ciotką, choć wydarzenia również jej pozwalają dużo bardziej uwierzyć w umiejętności bratanicy. Do tego mamy jeszcze niepozorną Kornelię, która pod pozorami skrywa bardzo inteligentną kobietę. A do tego historia samego Demona Luster jest naprawdę ciekawa!

Podsumowując, Demon Luster jest równie dobry, a może i nawet lepszy od swojego poprzednika. Niewątpliwie trzyma poziom całej serii i rozbudowuje świat przedstawiony w dokładnie takim samym klimacie. Ogromnie cenię sobie nutkę horroru wprowadzaną przez autorkę oraz genialne fabuły i zwroty akcji. Do tego jeszcze bohaterowie w żaden sposób mnie nie zawiedli. Jednym słowem, jeżeli czytaliście Szamankę od umarlaków to koniecznie musicie dać szansę kolejnemu tomowi.

poniedziałek, 26 listopada 2018

triskel. gwardia - krystyna chodorowska


Blogger w wersji mobilnej okropnie nie przypadł mi do gustu, a przez jakiś czas był jedynym moim sposobem na napisanie czegokolwiek. Z tego powodu chciałabym przeprosić, że posty pojawiały się bardzo nieregularnie, nie były najlepszej jakości, a do tego w większości to recenzje. Opinia o powieści Krystyny Chodorowskiej jest jednak pierwszą od kilku miesięcy, przy której mogę na spokojnie przysiąść do komputera i mieć przejrzysty widok na cały tekst. Bardzo mnie to cieszy, ponieważ mam o niej wiele do powiedzenia.

Sinead wychowała się w kraju pogrążonym w wojnie. Po wyjeździe na studia do imperium za oceanem odkrywa w sobie nadprzyrodzone zdolności i przystępuje do grupy takich ludzi, jak ona. Poza zajęciami oraz pracą w fundacji, ratuje również mieszkańców swojego nowego miasta jako Mayday. Coraz częściej dochodzi tu do zamachów terrorystycznych, których źródło niekoniecznie pochodzi z tego świata.

Triskel. Gwardia mogłaby być naprawdę genialną powieścią, gdyby nie zbyt wiele wątków. Prawie cały czas czułam się, jakby autorka chciała w swojej książce zawrzeć wszystko. Przede wszystkim totalnie nie rozumiem wątku walki o wolność Sidheanii i wprowadzenia postaci Duncana, ponieważ nie wnosiły nic do historii, tylko były. Nie umiem również nie skojarzyć pewnych elementów świata przedstawionego z historią Polski czy Stanami Zjednoczonymi. Brakuje mi również mapki, która pozwoliłaby się w jakiś sposób połapać w geografii świata Chodorowskiej.

Nie chciałabym jednak tylko narzekać, bo książka ma również zalety. Jest dobrym debiutem w klimatach superbohaterów i fantastyki naukowej. Autorka w ciekawy sposób przedstawiła moce nie tylko Mayday, ale również jej towarzyszy. Do tego zbudowała całkiem ciekawy świat przedstawiony, który fajnie byłoby rozbudować w kolejnych tomach. Wątek przybyszów z innego świata również budzi moją ciekawość.

Zaś, jeśli chodzi o samych bohaterów to właściwie nie pałam jakąś większą sympatią do któregoś z nich. Duncan wydaje się być całkiem ciekawy, ale jak na razie niewiele go było i raczej występował w roli bojownika lub przyjaciela Sinead. Ona sama to pełna życia dziewczyna z ogromnym sercem i chęcią niesienia pomocy, dlatego idealnie sprawdza się w roli superbohaterki. Kret jest samotnikiem i bardzo mocno skrywa swoją osobowość. Zaś Burza kompletnie nie nadaje na kobiecych falach. Najbardziej ciekawi mnie w sumie Lazur. Mieszkaniec innego wymiaru, który ma jakiś tajemniczy plan względem świata Sinead.

Triskel budzi we mnie nieco mieszane uczucia. Z jednej strony to fajna książka z ciekawymi pomysłami i postaciami, a z drugiej coś nie zgrzytało. Nie widziałam sensu w niektórych wątkach i postaciach. Czułam się też zdezorientowana nie wiedząc, jak wygląda topografia świata Chodorowskiej. Mam jednak nadzieję, że w kolejnych tomach to wszystko nabierze większego rozmachu i autorka pokaże, że stać ją na naprawdę wiele, bo seria ma potencjał.

wtorek, 23 października 2018

drugi legion - richard schwartz


Codzienność ostudziła nieco moją porywczą motywacje do tworzenia nowych postów w ekspresowym tempie. Jednak czasem muszę w końcu usiąść i wyrzucić z siebie parę słów o jakiejś książce. Tym razem padło na kontynuacje serii Richarda Schwartza, która zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie.

Magiczna śnieżyca odpuściła, jednak Zajazd pod Głowomłotem wciąż jest odcięty od świata. Jakimś cudem dociera do niej uczony, który naprowadza Leandrę i Havalda na portale prowadzące do królestw pozostałych po dawnym Imperium. W towarzystwie poznanych w gospodzie przyjaciół wyruszają, stworzyć armię i ocalić swoją ojczyznę.

Historia Drugiego Legionu opuszcza mury Zajazdu pod Głowomłotem i przenosi nas do zalanego słońcem oraz piaskiem Besarajnu. Bohaterowie odbywają niezwykle fascynującą i zaskakującą podróż po nieznanych sobie terytoriach. Odkrywają kulturę i obyczaje tubylców - przy okazji wpakowując się w niezłe tarapaty. Cała fabuła z czasem nabiera zupełnie innych torów niż początkowo w ogóle można założyć. Dodatkowo rozwijane są wątki z poprzedniego tomu - w szczególności mówię tutaj o postaciach z przeszłości, które miały duże znaczenie w Pierwszym Rogu. Opowieści o nich są niezwykle barwne i sprawiają wrażenie wręcz mitycznych.

Muszę pochwalić również rozwój pierwszoplanowych postaci, na przykład Zokory. Mroczna elfka nie straciła nic ze swojego typowego zachodnia, ale okazała się być naprawdę wierną i wspaniała przyjaciółką. Zaczęła okazywać cieplejsze uczucia. Z ogromną chęcią uczy się ludzkich obyczajów. Varosh ma ciekawą przeszłość, jednak wydaje mi się zbyt mało interesujący obecnie.

Nie zawiodłam się również na nowych bohaterach. Nataliya bardzo przydała się naszym podróżnikom, dzięki czemu zyskała ich ogromne zaufanie. Dziewczyna posiada ogromną i niezbędną im wiedzę. Tymczasem w Besarajnie nieoceniona okazała się być pomoc tubylca - Armina. Miał on w tym wszystkim swój własny interes, ale nie można mu odmówić tych wszystkich rad odnośnie zachowań i informacji, gdzie czego szukać. Natomiast bardzo zirytowało mnie zachowanie siostry przyszłej kalify po tym, jak Havald uratował ją z niewoli. Nie dała nic sobie przetłumaczyć.

Uważam, że Drugi Legion to naprawdę świetna kontynuacja. Pełna ciekawych wydarzeń i zwrotów akcji, a także ciekawych bohaterów. Autor rozwija nie tylko bohaterów, ale również świat przedstawiony. Zdecydowanie nie mogę się doczekać kontynuacji.

piątek, 7 września 2018

tancerze burzy - jay kristoff

Po raz pierwszy od dawna sięgałam po książkę z ogromnymi oczekiwaniami. Nasłuchałam się o niej naprawdę wiele dobrego od pewnej osoby, której zdaniu bardzo mocno ufam. Zwykle nie przysparza to powieściom zbyt wiele dobrego. Najlepiej czyta mi się te, do których mam raczej neutralny stosunek z pewnością, że będzie w tej historii coś co lubię. Tutaj byłam tego wręcz pewna, a jednak nie do końca polubiliśmy się z Tancerzami Burzy.

Yukiko żyje w świecie opanowanym przez lotos. Hoduje i przetwarza się go wszędzie, co niebezpiecznie zbliża Shimę do katastrofy ekologicznej. Pewnego dnia szalony szogun wysyła jej ojca na poszukiwania legendarnej Arashitory, latającego tygrysa gromu. Dziewczyna wyrusza wraz z nim, nie wiedząc, że ta podróż na dobre odmieni jej życie.

Początkowo kompletnie nie mogłam się wciągnąć w powieść Jaya Kristoffa z tego względu, że w momencie czytania, oczekiwałam po niej akcji. Tymczasem na początku autor wprowadza nas w stworzony przez siebie świat - hierarchię, bóstwa, a przede wszystkim sytuacje polityczną. Co wychodzi mu naprawdę zgrabnie, ale mało cierpliwych może zniechęcić. Sama na dobre wciągnęłam się dość późno, wraz z rozkręceniem się na dobre najciekawszego wątku, który na pewno przemówi do miłośników zwierząt.

Społeczeństwo Shimy jest kolejnym przedstawicielem antyutopii. U władzy stoi bezwzględny tyran, który pragnie natychmiastowego spełnienia swoich zachcianek pod groźbą kary śmierci. U jego boku zakon z rygorystycznymi, zabobonymi i czasami wręcz śmiesznymi zasadami. Do tego wszystko w stu procentach opiera się uprawie oraz przetwórstwie lotosu, doprowadzającego środowisko do zagłady. Ludzie zmuszeni są osłaniać twarze przed wyziewami, a zwierzęta już dawno wymarły. Osobiście nie mam najmniejszej ochoty żyć w takim miejscu.

Z drugiej strony jestem pewna, że gdybym podeszła do tej książki zupełnie inaczej. Wiedząc o jej drugim dnie, a nie tylko formie rozrywkowej to spodobałaby mi się zdecydowanie bardziej. W końcu to jest dokładnie to, czego ostatnimi czasy szukam w literaturze. Właśnie przez wzgląd na to, chciałabym w przyszłości do niej wrócić, a na pewno kontynuować tą serię.

Co się zaś tyczy bohaterów, to byli naprawdę przeróżni. Yukiko niekoniecznie przypadła mi do gustu. Była nieco rozkapryszona, obiwiniała ojca za całe zło tego świata. Jego z kolei wyrzuty sumienia i brak zajęcia popchnęły w pijaństwo oraz hazard. Było mi go naprawdę żal. Za to niesamowicie polubiłam zschwytaną arashitorę. Buruu. Miał ogromną wolę przetrwania, dumę i trzeba było się wiele napracować, aby zyskać jego zaufanie i zdobyć wspaniałego przyjaciela. Szogun kierował się własnymi zasadami, które nie zawsze były zgodne z tym co powszechnie przyjęte. Kompletnie nie nadawał się na władcę, co próbował zatuszować wzbudzeniem strachu u poddanych. Kin śmieszył mnie swoim totalnym posłuszeństwem wobec reguł zakonu, nawet w krytycznych momentach.

Myślałam, że Jay Kristoff przekaże mi całkowicie inną historię, przez co nie mogłam jej w pełni docenić. Tancerze Burzy to powieść posiadająca genialny świat przedstawiony, drugie dno oraz różnorodnych bohaterów - nie wszystkich da się polubić. Osoby oczekujące czegoś z niesamowitą akcją mogą się nieco zawieść, bo najpierw trzeba przebić się przez przydługawy wstęp, ale pewien wątek może zachwycić kochających zwierzaki. Ta powieść jest po prostu specyficzna, co nie wszystkim może się spodobać.

środa, 29 sierpnia 2018

diabelski młyn - aneta jadowska


Pamiętam, że po pierwszą książkę Anety Jadowskiej sięgałam nie w pełni przekonana do jej twórczości. Był to bardziej eksperyment i z tyłu głowy wciąż miałam myśl, że może mi się bardzo nie spodobać. Trochę przesadzałam, bo całkiem mocno wciągnęłam się w historię Nikity, choć nie mogło się obejść bez paru mankamentów w Dziewczynie z dzielnicy cudów. Dzisiaj, czyli jakieś dwa lata później, mogę powiedzieć, że z każdym tomem coraz bardziej kocham tą serię.

Nikita już zna prawdę o swojej przeszłości, więc teraz wraz z Robinem wyrusza do Archiwum Zakonu Cieni. Tam jej partner ma uzyskać odpowiedzi dotyczące jego, owianej jeszcze większą tajemnicą tożsamości. Aby dotrzeć na miejsce potrzebują pomocy starego przyjaciela, Cygańskiego Księcia. Jednak zanim to nastąpi muszą razem z jego taborem uruchomić tytułowy diabelski młyn.

Muszę przyznać, że tym razem autorka trafiła w dziesiątkę jeśli chodzi zarówno o tematykę, jak i samą akcje. Cyganie, cyrk i lunaparki są czymś, co zawsze oraz nierozerwalnie będzie mi się kojarzyło z magią, a co za tym idzie, wplatanie ich w książki fantastyczne, na pewno kupi moją uwagę i zauroczy. Oczywiście w połączeniu z niesamowicie zaskakującą fabułą będzie strzałem w dziesiątkę. Tymczasem Diabelski Młyn ma w sobie wszystko, o czym powyżej wspomniałam, a do tego lekki i plastyczny styl autorki.

Niewątpliwie ogromnym plusem powieści jest również barwny korowód charakternych bohaterów. W tym tomie ostatecznie załapałam ogromną sympatią do Nikity, która nie zatracając swojej osobowści, mocno otworzyła się na świat. Do tego cały czas nie mogę się nadziwić jak wspaniałym opiekuńczym, a także inteligentnym człowiekiem jest Robin. Bardzo polubiłam również CK (Cygańskiego Księcia). Jest dość osobliwy, ma całkiem niezłe poczucie humoru oraz ogromne serce. Nawet znając ich historię, wciąż pałam jakimś dziwnym brakiem zaufania do Rosy i Flory, dwóch bardzo kochających się sióstr. Na koniec pewna demonica niesamowicie mi zaimponowała. Oczywiście nie mogę zapomnieć o nowym pupilu Robina, Heniu, czyli małym żarniku!

Podsumowując, Aneta Jadowska totalnie kupiła mnie tym tomem. Wybrała sobie najlepszą możliwą tematykę dla tego typu powieści. Dorzuciła do tego genialnie poprowadzoną fabułę, która zaskakiwała mnie na każdym kroku oraz cudownych, różnorodnych bohaterów. Jednym słowem warto było czekać na taki tom i mam nadzieję, że kolejne będą równie dobre, a może i jeszcze lepsze.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...