sobota, 7 listopada 2020
Cienie Nowego Orleanu - Maciej Lewandowski
wtorek, 3 listopada 2020
Wyznanie - Jesse Burton

O twórczości Jesse Burton słyszałam bardzo wiele dobrego, w szczególności o pierwszej książce wydanej w naszym kraju, Miniaturzystce. Z tego powodu miałam ją cały czas gdzieś z tyłu głowy i bardzo chciałam przeczytać, jednak wcześniej nigdy nie było nam dane się gdzieś spotkać. W końcu literatura piękna nie jest gatunkiem, po który sięgam bardzo często. Co nie zmienia faktu, że bardzo go sobie cenię. Okazja na zapoznanie się z prozą autorki przyszła zupełnie nieoczekiwanie i to z jej najnowszą książką, a nie którąś ze starszych. Jak myślicie, co z tego wyszło?
Rose Simmons została porzucona przez matkę, gdy była jeszcze niemowlęciem. Ojciec starał się jak mógł, aby nigdy jej niczego nie brakowało, jednak na wszystkich etapach swojego życia dziewczyna czuła, że nie ma w niej jakiegoś elementu układanki. Teraz jest trzydziestopięciolatką, która tkwi w nieszczęśliwym związku i tłumi w sobie ambicje. Pewnego dnia ojciec przerywa milczenie i nakierowuje Rose na kobietę, która przed laty bardzo dobrze znała jej matkę.
Fabuła powieści toczy się dwutorowo - wydarzenia z początku lat 80. ubiegłego obserwujemy oczami Elise Morceau, matki Rose, a te z przełomu 2017 i 2018 roku oczami samej głównej bohaterki. To wszystko stwarza otoczkę pozorów, że głównym tematem Wyznania jest poszukiwaniem matki, poszukiwaniem prawdy o swoim pochodzeniu. Z biegiem akcji człowiek zdaje sobie jednak sprawę, że to zaledwie ta pierwsza warstwa, a prawdziwe przesłanie tej powieści jest zupełnie inne. Jesse Burton sprawiła, że z ogromnym zaciekawieniem śledziłam losy wszystkich bohaterów, choćbym niekoniecznie pałała do nich sympatią. Samo zakończenie nie tyle zaskakuje, co ogromnie daje do myślenia nad ludźmi, którzy nas otaczają oraz relacjami, które nas z nimi łączą.
Rose od samego początku jest bardzo zagubiona i nie do końca wie, czego chce. Zawsze brakowało jej matki, a teraz kiedy ma szansę na jej odnalezienie, niekoniecznie jest na to gotowa. Tkwi w nieszczęśliwym związku, który powinien zakończyć się lata temu. Constance Holden była kobietą dumną i pewną swego, jednak pewno wydarzenie i choroba kompletnie ją odmieniły. Mimo to dalej pragnęła tworzenia i bardzo chroniła swoją prywatność. Elise łudząco przypominała mi swoją matkę. Joe z kolei nie potrafił dojrzeć nieszczęścia swojej partnerki. Uważał, że w ich związku jest wszystko w jak najlepszym porządku. Był niesamowicie skupiony na sobie oraz na rozkręcaniu swojego biznesu, który niekoniecznie szedł dobrze.
Jestem bardzo mocno oczarowana piórem Jesse Burton. Pomimo tego, że był bardzo bogaty i plastyczny, czytało mi się naprawdę szybko i przyjemnie. Autorka stworzyła wspaniałą historię ze świetnym przesłaniem oraz cudownymi bohaterami, których losów nie sposób nie śledzić z ogromnym zaciekawniem. Wyznanie sprawiło, że na pewno i z przyjemnością będę chciała poznać poprzednie książki.
wtorek, 27 października 2020
Odechce wam się świętować. Na zawsze - "Upiorne Święta"
Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się przede wszystkim z ciepłem, dobrocią, miłością, rodzinnym czasem, dobrym jedzeniem i prezentami. Ten wyjątkowy klimat często zaczyna nas już otaczać niekiedy już w październiku, kiedy na sklepowych półkach zaczynają się pojawiać ozdoby i słodycze z najpopularniejszymi, świątecznymi motywami. Również wydawnictwa nie zwlekają, zalewają rynek mnóstwem uroczych opowieści o tym wyjątkowym okresie. Zazwyczaj ich unikałam, bo w przeważającej większości nie trafiały w mój gust. W końcu jednak po latach odnalazłam coś świątecznego, co naprawdę mnie zainteresowało.
Upiorne Święta to antologia opowiadań grozy uznanych polskich - i jednego zagranicznego - autorów obracających się w tych kręgach literackich, których akcja odbywa się w święta Bożego Narodzenia. Każdy z nich podszedł do tego tematu zgoła inaczej, w niektórych przewijają się wątki istot nadprzyrodzonych, w innych tematyka bardziej w klimatach fantastyki naukowej, a nawet porachunki mafijne. Stworzyło to bardzo fajny zbiór różnorodnych opowieści, które jak dla mnie nie wszystkie były straszne, ale na pewno bardzo wciągały. Zaplanowałam sobie, że będę czytać jedno opowiadanie dziennie, a w ostateczności pochłonęłam całość w zaledwie trzy dni.
Mam wśród nich swojego faworyta i zdecydowanie jest nim 87 centymentrów Artura Urbanowicza. Autor nadal trzyma się prowincjonalnego klimatu wiosek otaczających Suwałki. Tym razem grasuje tam seryjny morderca, którego policja ni w ząb nie może rozgryźć, ponieważ nie trzyma się schematu. Tymczasem grupka nastoletnich znajomych postanawia urządzić sobie wspólną Wigilię w dworku na odludziu, a na policję wpływa zgłoszenie o pojawieniu się tajemniczej maszyny na jednym z pobliskich gospodarstw. Od samego początku wydawało mi się najbardziej interesujące, miał rozbudowaną fabułę, świetnych bohaterów i przede wszystkim kupił mnie niesamowitym zwrotem akcji na sam koniec. Chciałabym zobaczyć je w wersji filmowej!
Pozostałe opowiadania były na mocno wyrównanym poziomie. Z takich, które przykuły moją uwagę i zostały w głowie na później na pewno mogę wymienić też Rezerwat. Kryje się za nim bardzo fajna koncepcja całej powieści osadzonej w postapokaliptycznym świecie. Hanna Greń stworzyła interesującą intrygę w świecie mafii. Jestem zaskoczona, że jedynie w jednym tekście spotkałam się z wykorzystaniem świata pozagrobowego, bo jest to dość popularny motyw horrorów. Sam pomysł na to opowiadanie jest bardzo fajny, jednak wykonanie już trochę kuleje. Tekst Jakuba Ćwieka, który był w sumie drugim autorem, dla którego sięgnęłam po ten zbiór, nieco mnie zawiódł. Czytało się go dobrze, wciągał, ale zabrakło mi gdzieś głębi i tej straszności.
Upiorne Święta może nie sprawiły, że zaczęłam tęsknić za świętami i chciałam poczuć ten klimat już teraz, ale były naprawdę bardzo fajną lekturą, którą czyta się w ekspresowym tempie. Artur Urbanowicz ustawił poprzeczkę dla pozostałych autorów bardzo wysoko, dlatego nie chcę ich oceniać zbyt surowo. Ich teksty również były świetne, jednak w porównaniu z 87 centymetrów nie mają żadnych szans. Myślę, że będzie to idealna lektura dla miłośników literatury grozy, którym brakuje po prostu świątecznych historii, które byłyby stworzone idealnie dla nich.
sobota, 26 września 2020
Klub Porzuconych Narzeczonych - Joanna Nowak

wtorek, 22 września 2020
Cień - Michael Miller, AdriAnne Strickland

wtorek, 1 września 2020
Głosząca Kres - Jay Kristoff
wtorek, 9 czerwca 2020
Ostatni Namsara - Kristen Ciccarelli

sobota, 23 maja 2020
Dwór Mgieł i Furii - Sarah J. Maas
sobota, 18 kwietnia 2020
Inwazja i Farba - Wojtek Miłoszewski

wtorek, 14 kwietnia 2020
Psy pożrą ciało Jezebel - Jarosław Kamiński

wtorek, 7 kwietnia 2020
Fałszywy Pieśniarz - Martyna Raduchowska

Fałszywy Pieśniarz to kolejna książka, z której recenzją mam malutki problem. Siadam do napisania jej i w głowie pojawia mi się totalna pustka, bo nie umiem odnaleźć odpowiednich słów na opisanie wam, dlaczego jest taka dobra. Głównie ze względu na fakt, że jest to kolejny tom i bardzo nie chciałabym się powtarzać. Spróbujmy jednak napisać coś sensownego, co przekona was do tej serii.
Z każdym kolejnym tomem coraz bardziej zakochuje się w tej serii i z bólem muszę przyznać, że naprawdę widziałabym Fałszywego Pieśniarza jako ostatnią część. Wszystkie wątki zostały wyjaśnione i nie bardzo wiem, o czym dalej miałaby ona opowiadać. Niemniej serdecznie wam ją polecam. Szczególnie, jeśli szukacie nieco groteskowej powieści fantastycznej z dużą doża humoru oraz niepospolitymi bohaterami, a do tego napisanej przez naszą rodzimą autorkę.
sobota, 28 marca 2020
Na krawędzi mroku - Jeff Giles

Zazwyczaj bardzo skrupulatnie pilnuję kolejności, w której powinnam pisać zaległe recenzje, jednak Na krawędzi mroku gdzieś mi się po prostu zapodziało. Dopiero kilka dni temu zorientowałam się, że piszę już o książkach, które przeczytałam po niej. Teraz jednak postaram się szybko naprawić ten błąd, bo bardzo niecierpliwie czekałam, żeby móc opowiedzieć wam o tej książce, bo - w skrócie - była jeszcze lepsza niż jej poprzedniczka.
sobota, 21 marca 2020
O północy w Czarnobylu - Adam Higginbotham

Czasem dopada mnie takie przykre uczucie, że jednak zbyt rzadko sięgam po książki z nurtu literatury faktu. Niestety jednak jest zdecydowanie mniej takich, które by mnie zainteresowały, niż w powieściach fikcyjnych. Za to, gdy już się trafi jakaś perełka, to naprawdę nie umiem przejść obok niej obojętnie i znajduje w niej dokładnie to, czego oczekiwałam. I taka w skrócie jest O północy w Czarnobylu Adama Higginbothama.
26 kwietnia 1986 roku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu dochodzi do jednej z największych katastrof jądrowych, jakie pamięta świat. Podczas rutynowego testu reaktora nr 4 operatorzy popełniają tragiczną pomyłkę, co w konsekwencji doprowadza do wybuchu reaktora. Po nim następuje szereg błędnych decyzji radzieckich władz oraz skutki odczuwalne na całym świecie.
Zacznę od tego, że Adam Higginbotham odwalił kazał niezłej roboty przy tworzeniu tej książki. Opisał całą sytuację w bardzo szczegółowy i wyczerpujący sposób - począwszy od przyczyn, poprzez samą noc katastrofy, aż po krótko- i długofalowe skutki czy procesy winnych tej tragedii. Przede wszystkim jednak nie skupił się na samym temacie wybuchu reaktora, ale w skrócie przedstawił nam również działalność przemysłu jądrowego na świecie i przede wszystkim w ZSRR czy historię elektrowni w Czarnobylu.
Przy czym zrobił to bardzo plastyczny i prosty językiem, który będzie zrozumiały nawet dla laików w tematach jądrowych. Nie miałam fizyki czy chemii od kilku ładnych lat, ale dokładnie zrozumiałam każdy wywód autora na temat budowy i działania radzieckich reaktorów. Jestem też pod ogromnym wrażeniem dokładności relacji z perspektywy ludzi biorących udział w całej tej akcji. Okazuje się jednak, że nie są one wyssane z palca, ponieważ Higginbotham czerpał informacje również od ludzi, którzy tam byli. Najbardziej daje się to we znaki na samym końcu, kiedy autor opowiada o swoich ostatnich spotkaniach z nimi.
To, co w tej chwili opowiedziałam wam o O północy w Czarnobylu jest zaledwie kroplą w morzu tego, co chciałabym powiedzieć. Książka ma wiele zawiłości, tajemnic oraz plusów, których nie za bardzo chciałabym wam teraz zdradzać. Nie chciałabym wam psuć tej satysfakcji z lektury, którą ja miałam podczas odkrywania wszystkich wydarzeń. Choć nie jest to książka dla ludzi o słabych nerwach, to polecam ją wam wszystkim. Żebyśmy wszyscy poznali prawdę o swojej przeszłości, bo jesteśmy jednym z państw, które jest najbardziej dotknięte przez katastrofę jądrową w Czarnobylu.
sobota, 14 marca 2020
Małe Licho i anioł z kamienia - Marta Kisiel

Za recenzję książek Marty Kisiel zawsze najciężej mi się zabrać. Nie mogę znaleźć słów, które w ten odpowiedni sposób opisałyby ich genialność, nie wywołując w was wrażenia "a ta znów się zachwyca" z poirytowanym przewróceniem oczów. Szczególnie, że Małe Licho to książka dla dzieci... Tylko albo aż książka dla dzieci, bo przyznam szczerze nawet w tym gatunku ałtorka nie obniża poziomu.
W domu dożywotników wybuchła epidemia ospy, więc Karmilla wysyła Bożka, Tsadkiela oraz Gucia na ferie zimowe do ciotki Ody. Jej dom położony na działce, na której kiedyś stała Lichotka, skrywa kilka ciekawych tajemnic i tylko Tsadkiel na wszystko kręci nosem. Sprawy komplikują się, gdy anioł stróż odkrywa, że Oda mieszka pod jednym dachem z najprawdziwszym czortem oraz pije herbatkę ze słowiańskim demonem!
Książka zaczyna się niewinnie i w typowo kisielowskim stylu - mamy rodzinną atmosferę, asymilację Bożka z kolegami z klasy oraz problemy typowych ludzi przeniesionych do świata dożywotników. Przede wszystkim mamy jednak wiecznie niezadowolonego i psującego świetną atmosferę Tsadkiela. W tej części to on sprawia największe kłopoty i zmusza Bożka do kolejnej podróży w zaświaty. Wtedy znowu zaczyna się robić mrocznie oraz pojawiają się kolejne nawiązania do literatury czasów romantyzmu. Powieść posiada również bardzo ważne morały i przesłania, które moim zdaniem powinny posiadać wszystkie książki z nurtu literatury dziecięcej. Małe Licho i anioł z kamienia uczy, żeby nigdy nie oceniać kogoś po pozorach, a najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Zdecydowanie za mało było w tym tomie samego Licha, ale jestem mu w stanie to wybaczyć. W końcu było nieco niedysponowane, jednak jego większy kolega po fachu zastąpił go w bardzo dobrym stylu. Tsadkiel jest zawsze mrukliwy, zawsze przeciw wszystkiemu jest przeciwny i zawsze musi wszystkich strofować. Spotkała go jednak bardzo ważna lekcja, którą mam nadzieję zapamięta do końca swojego długiego życia. Bożek z kolei stał się bardziej "normalnym" dzieckiem. Nadal jest bardzo pomysłowy i przyjacielski, jednak zdecydowanie lepiej dogaduje się z kolegami z klasy. Bazyla chyba nikomu nie trzeba przedstawiać? To czort niepodobny do żadnego innego. Najważniejsze co można o nim powiedzieć to to, że nie skrzywdziłby muchy, ma wadę wymowy oraz uwielbia placki ziemniaczane. Oda z kolei z perspektywy Bożka wydała mi się niezwykle tajemnicza i gdybym nie czytała wcześniej Szaławiły oraz Oczu Urocznych, to na pewno odczuwałabym wobec niej respekt z małą nutką strachu.
Nigdy nie mogę zacząć, jednak im dalej się zapędzam z opowiadaniem, tym bardziej nie mogę skończyć! Mam nadzieję, że to jasno opisuje moje uwielbienie do prozy Marty Kisiel. Nawet w takim wydaniu dla najmłodszych utrzymuje swój poziom i nie można się oderwać od jej książki. Zagrało mi tutaj dosłownie wszystko - fabuła, klimat oraz bohaterowie. Nie jest to kolejna naiwna książeczka dla dzieci, a naprawdę wartościowa powieść.
wtorek, 3 marca 2020
Czarna Książka. Zostać Mistrzem - Joanna Krystyna Radosz

Pamiętam, że obiecałam więcej postów na Biblioteczce, jednak znowu pożarła mnie codzienność, obowiązki oraz awaria komputera. Odzyskałam już jednak dostęp do swojego laptopa oraz zaliczyłam wszystkie egzaminy i mogę ze spokojem przysiąść do zaległych recenzji czy pomyśleć nad jakimiś ciekawymi postami dla was. Na pierwszy rzut chciałabym wziąć dawno obiecaną autorce opinię. Dzięki jej za cierpliwość!
wtorek, 17 grudnia 2019
Król Kier - Aleksandra Polak

Jeszcze rok czy dwa temu szukałam w książkach zupełnie czego innego niż dzisiaj. Wciąż jednak mam na półkach kilka książek, które wybierałam w tamtym okresie i powoli je wyczytuję. Zawsze przed sięgnięciem po taką powieść mam jednak wątpliwości, czy nadal może mi się ona spodobać i, o dziwo, na razie nie zawiodłam się. Pomimo ich typowych wad, naprawdę dobrze się przy nich bawię.
Alicja jest kompletnie normalną nastolatką, której największymi problemami są szkoła, zbliżająca się studniówka oraz irytujące kuzynostwo. Uwielbia swojego kota i bardzo kocha swojego chłopaka. Hadrian jest z kolei taką postacią, która niekoniecznie do mnie przemawia. Jest przystojny i tajemniczy, do tego nie do końca wiadomo, o co mu chodzi. Z czasem jednak jego wizerunek się nieco ocieplił i zyskał na znaczeniu. Maks, chłopak Alicji, niesamowicie mnie irytował. Zrobił jej okropne świństwo, a zachowywał się, jakby kompletnie nic się nie stało. Nie docierały do niego żadne słowa dziewczyny. Chciałabym się nieco rozpisać na temat pracowników Circus Lumos, bo to kilka naprawdę barwnych bohaterów, ale z drugiej strony nie chciałabym też za dużo wam spojlerować. Powiem więc tylko, że tam naprawdę można poczuć się, jak w domu.
Król kier to bardzo fajna powieść z nurtu fantastyki młodzieżowej. W dużej mierze oparta na typowych problemach współczesnych nastolatków, jednak wątek Circus Lumos nadaje jej świetnego kolorytu. Fabuła na początku nie jest zbyt dynamiczna, ale zakończenie zachęca do dalszego ciągu. Szkoda mi tylko zmarnowanego materiału na bohaterów. Szczególnie Alicja mogłaby być nieco ciekawszą postacią. Myślę, że ta książka spodoba się przede wszystkim osobą, które w tym aktualnym momencie lub w ogóle, w poszukują przede wszystkim rozrywki.
sobota, 14 grudnia 2019
Oczy Uroczne - Marta Kisiel

Przed przeczytaniem tej recenzji chciałabym was uprzedzić, że zapewne poczujecie się zaskoczeni. Oczy uroczne nie będą kolejną powieścią Marty Kisiel, którą będę wychwalać pod niebiosa. Z drugiej strony nie uważam jej też za jakiś totalny niewypał i klapę. Po prostu, w przypadku tych bohaterów i tej historii coś nie do końca między nami zagrało.
Na miejscu starej Lichotki powstał nowy domek, który dzisiaj zamieszkuje Oda wraz ze swoim czortem Bazylem oraz uratowanym szczeniakiem Kuleczką. Kobieta pracuje w pobliskiej przychodni, gdzie w krótkim czasie pojawiają się pacjenci z niebezpiecznymi ranami i niepokojącymi historiami o ich powstaniu. Dodatkowo Bazyl wymyka się z domu w tajemniczych sprawach osobistych, a jej przyjaciel Roch zaczyna się dziwnie zachowywać.
Nie powiem w tym miejscu, że pomysł na tą historię jest totalnie skiepszczony i czytało mi się okropnie. Wręcz przeciwnie - fabuła jak zawsze jest niesamowicie interesująca oraz wciągająca. Akcja kręci się głównie wokół tego, co kryje las oraz przeszłości Ody, które w pewnym momencie zaczynają się zazębiać. Ogromnie intrygowało mnie również, co takiego ukrywa przed swoją opiekunką mały czort. Nie zgrał mi jedynie wątek miłosny, który niby nie był jakiś szczególnie oczywisty - ze względu na to, że wydarzenia poznajemy z perspektywy Ody - ale zachowanie Rocha totalnie zdradzało, o co w tym wszystkim chodzi. I to ono w tym wszystkim najbardziej mnie irytowało.
Oda jest kobietą powoli wchodzącą w okres wieku średniego, choć cały czas zachowuje w sobie dobroć oraz bezinteresowność. Potrafi przełamać w sobie strach i przyjść z pomocą najgorszemu wrogowi. Roch za to jest z pozoru wiecznie markotnym, osowiałym odludkiem, który nie potrafi mówić o swoich uczuciach. Gdzieś w środku siebie ukrywa jednak ogromne serce, które pragnie troszczyć się o Odę. Podczas czytania Szaławiły bardzo polubiłam Bazyla, a tutaj według mnie zachowywał się niesamowicie dziecinnie. Za to bardzo polubiłam Michałkę, który wygląda na niesamowicie nieodpowiedzialnego, ale w rzeczywistości świetnie radzi sobie z dziećmi (i Bazylem). Jest bardzo pomocny i pracowity. Nie przepuści żadnej okazji, żeby uczciwie zarobić trochę grosza.
Nie będę zachwycać się Oczami Urocznymi, ani jakoś szczególnie nie będę też ich ganić. Jak na miarę Marty Kisiel to historia jest naprawdę świetna - wciągająca, ciekawa, z nawiązaniami do mitologii słowiańskiej. Po prostu jeden wątek, a konkretniej jedna postać, mnie tutaj dość mocno irytowała. Mimo wszystko fanom twórczości Kisiel nadal polecam zapoznać się z tą książką oraz serią, a nóż widelec wam jednak Roch przypadnie do gustu.
wtorek, 19 listopada 2019
Wilk i Wilczyca - Katarzyna Berenika Miszczuk

Tych akurat powieści z dorobku Katarzyny Bereniki Miszczuk kompletnie nie planowałam czytać. Stało się jednak tak, że zbiegiem okoliczności znalazły się u mnie wraz z Drugą Szansą przy okazji drugiego wydania. Bardzo polubiłam tą książkę i postanowiłam, że w takim razie dam również szansę debiutanckiej serii autorki. Obawiałam się jednak, że młodzieżówka napisana przez 15-latkę, totalnie nie przypadnie mi do gustu i nie będę mogła przez nią przebrnąć.
Z powodu pracy rodziców, Margo musi się przeprowadzić z Nowego Jorku do prowincjonalnego Wolftown. Nie jest z tego powodu zachwycona, jednak szybko zaaklimatyzowała się w nowej szkole. Zdobyła nową, nieco ekscentryczną przyjaciółkę. Jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole zaczął się nią interesować, a na dodatek wpadł w jej oko pewien tajemniczy metalowiec.
Wilk jest straszliwie przesycony schematami typowymi dla współczesnej literatury młodzieżowej. Na pewno wszyscy już gdzieś słyszeliście o nowej dziewczynie w szkole i chłopaku, od którego aż bije tajemnicą i mrocznością, co? Do tego wszystko dzieje się gdzieś w prowincjonalnym miasteczku w Stanach Zjednoczonych. Mamy tutaj również nieśmiertelny trójkąt miłosny, a uczniowie podzieleni są według subkultury, do której przynależą i pilnują tych granic, jak oka w głowie. Muszę jednak przyznać, że czerpałam z tego wszystkiego niejaką przyjemność. Pomimo naprawdę ogromnej ilości wad pani Miszczuk udało się stworzyć fabułę, która bardzo mnie zainteresowała, a po drugim tomie okazało się, że przebrnięcie przez nie wszystkie naprawdę się opłacało. Nie dość, że ich ilość została zdecydowanie zredukowana w Wilczycy, to jeszcze autorka wrzuciła nas w niezły rollercoaster akcji i świetnie domknęła całą serię. Przede wszystkim podoba mi się jej podejście do tematu likantropii, z którym nigdzie wcześniej się nie spotkałam. Ogromnym plusem jest również to, że historia nie opiera się tylko i wyłącznie na wątku miłosnym, choć jest on bardzo ważnym elementem.
Margo jest outsiderką. Uwielbia rocka, czarne ubrania i swojego psa Swetra, a nienawidzi kurczaka. Poza tym nie stara się nikomu przypodobać. Zawsze mówi to co myśli. Często działa pod wpływem impulsu. Wydaje się też, jako jedyna nie pasować do żadnej grupki z nowego liceum. Ivette z kolei jest jej totalnym przeciwieństwem - wszystkie jej rzeczy są różowe, jest prymuską, a na dodatek potrafi się zmienić, jeśli jakiś chłopak jej się spodoba. Peter to typowy sportowiec, któremu w głowie tylko imprezy, treningi i dziewczyny. Max jest skryty, małomówny, ale pod maską skrywa ogromne serce. Szkoda mi nieco zmarnowanego potencjału na postać Akiego. Nie czułam tej postaci, a mógłby być z niego naprawdę fajny wątek, szczególnie w Wilczycy.
Wilk i Wilczyca są schematycznymi powieściami dla nastolatków, jednak pomimo to naprawdę dobrze się przy nich bawiłam. Katarzyna Berenika Miszczuk w te wszystkie typowości wsadziła kilka fajnych elementów, które zrekompensowały mi większość wad. Najbardziej cieszy mnie fakt, że druga część była zdecydowanie lepsza niż pierwsza. Debiutancką serię autorki polecam przede wszystkim nastolatkom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z fantastyką młodzieżową lub komuś kto po prostu chcę się dobrze zabawić i odstresować.
sobota, 26 października 2019
Nomen Omen - Marta Kisiel

Miałam ten tekst rozpocząć zupełnie inaczej. Chciałam powiedzieć wam, żebyście nie czuli zdziwieni czy też zaskoczeni, że recenzja Nomen Omen pojawia się tutaj po raz drugi. Z przykrością jednak musiałam stwierdzić, że nie poczyniłam wcześniej posta o mojej ulubionej powieści mojej ulubionej autorki. Jest mi z tym nieco dziwnie, bo na pewno wspominałam wam o niej miliony razy. Dzisiaj jednak naprawiam ten błąd i wrzucam calutki tekst poświęcony jedynie Nomen Omen.
Salka jest nieco niezdarna i może trochę przewrażliwiona w pewnych sprawach, ale to naprawdę fajna postać. Stara się uciec przed wybrykami członków swojej rodziny, ale one chodzą za nią jak mantra. Jeśli widzi w czymś szansę to nie owija w bawełnę, tylko od razu bierze się do roboty. Niedaś zaś to typowy student - w głowie mu tylko imprezy i najbliższe 24 godziny. Nawet nie do końca wie co się dzieje na zajęciach. Babcia Isia to cudowna kobieta, która kocha swoje wnuki i zawsze znajdzie czas i dobrą radę dla Salki. Ma jednak swoje słabości oraz nieco mroczną przeszłość. W międzyczasie poznajemy też równie ekscentrycznych Bartke i Basię, którzy stają się bardzo ważnymi postaciami. O starszej pani jednak nie będę za dużo mówić, bo to wyjaśnienie całej sytuacji to chyba moja najbardziej ulubiona scena. ;)
Podsumowując, Nomen Omen to po prostu genialna powieść, od której nie tylko nie da się oderwać, ale również nie da się do niej nie wrócić. Styl Marty Kisiel jest niesamowity - idealnie potrafi łączyć tematy poważne z żartami. Wielokrotnie odwołuje się do ważnych elementów naszej kultury i potrafi przy tym niesamowicie zaciekawić. Co jednak najważniejsze stworzyła postacie, o których nie da się zapomnieć, ponieważ są niemal jak żywe i każdy ma swój własny, niepowtarzalny charakter oraz dziwactwa. Jeżeli jeszcze nie czytaliście żadnej jej powieści to koniecznie zapoznajcie sie z choć jedną! Na początek jednak szczególnie polecam właśnie Nomen Omen.
sobota, 28 września 2019
Siedem Bram - Adam Faber

Przez ostatnich kilka miesięcy ja i moje plany zaliczaliśmy szereg wzlotów i upadków. To już nie był moment, kiedy miałam tysiąc pomysłów na minutę, przez co nie wiedziałam, za który zabrać się najpierw. Nie chcę wchodzić, w to co działo się w mojej głowie, ale po prostu źle się czułam psychicznie i nadal nie jest w stu procentach dobrze. Jednak powoli odzyskuję spokój ducha, bo dotarło do mnie, że nie ma sensu roztrząsać przeszłości, tylko trzeba iść do przodu. Wraca też do mnie chęć pisania, choć nie będę obiecywać, że posty będą pojawiać się regularnie. Na razie moim priorytetem jest nadrobienie zaległości, które nadal mam spore i napisanie kilku obiecanych tekstów. Przejdźmy już jednak do głównego tematu posta, czyli recenzji.
Równie ważnym tematem w Siedmiu Bramach były rozterki Kate, co do tego czy to ona powinna być przywódcą grupy i strażnikiem najważniejszego z kamieni. Przyznam, że nieco mnie to irytowało, jednak doskonale rozumiem jej niepewność. Jako jedyna z całej grupy prawdę o swoich czarodziejskich umiejętnościach poznała dopiero w wieku nastoletnim i nie miała szansy na ćwiczenie ich wcześniej. Pozostały bohaterami również różne emocje i wątpliwości. Dochodziło między nimi do sprzeczek, ale starali się trzymać razem dla dobra sprawy.
Każda kolejna część Kronik Jaaru jest nieco inna. Zwraca uwagę na inne wątki i sprawy, ale wszystkie razem powoli prowadzą nas do wspólnego zakończenia i rozwiązania tego największego wątku. Seria jest przeznaczona dla czytelników w wieku wczesnonastoletnim, ale z odpowiednim dystansem każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Jak na razie to właśnie Siedem Bram przypadło mi najbardziej do gustu. Głównie ze względu na podróż bohaterów oraz wyciągnięcie wielu nieciekawych spraw na światło dzienne.

