Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2020

Cienie Nowego Orleanu - Maciej Lewandowski


Odkąd tylko pamiętam zawsze miałam słabość do mrocznych i dusznych opowieści, które podczas czytania wręcz metaforycznie oblepiają cię swoim brudem. Stanowiły jedyny rodzaj książek, potrafiący mnie jednocześnie wciągnąć oraz przerazić do tego stopnia, że zamykałam okno w środku upalnej nocy, choć mieszkam na drugim piętrze i nie mam przy oknie czegokolwiek po czym ktoś niepożądany mógł się wspiąć. Bardzo trudno też byłoby mi znaleźć takie opowieści. Nabawiłam się wręcz dość sporego wstrętu do thrillerów, ponieważ wiele z nich nie oferowało mi właśnie tego uczucia już od pierwszej strony. Z tego powodu też bardzo bałam się lektury Cieni Nowego Orleanu, ale potem przeczytałam pierwszą stronę i moje zdanie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni.

John Legrasse podczas rytunowej akcji nalotu na dziuplę przemytników we francuskiej dzielnicy odnajduje zmasakrowane zwłoki młodej, czarnoskórej kobiety. Wszystko wskazuje na mord rytualny, który łudząco przypomina policjantowi sprawę sprzed wielu lat. Wspomnienia wybuchają w nim na nowo, przez bez względu na okoliczności i przeszkody nie spocznie, póki nie pozna prawdy.

Lewandowski bardzo realistycznie i skrupulatnie tworzy atmosferę Nowego Orleanu z początku dwudziestego wieku. Tworzą go przede wszystkim barwni bohaterowie reprezentujący niezwykle różne grupy społeczne a nawet kręgi kulturalne. Ten niezwykle udany misz-masz charakterów świetnie pasuje mi do amerykańskiego społeczeństwa, a dodatkowo autor bardzo umiejętnie łączy ich światy w jeden. Szczególnie świetnie wyszło wplątanie w to wszystko elementów grozy nawiązujących do pogaństwa oraz dzieł H.P. Lovecrafta. Wątek kryminalny rozpoczyna się bardzo dobrze, jednak mam wrażenie, że w pewnym momencie autor zaczyna przerzucać formę nad treścią. Również niejednoznaczne zakończenie niekoniecznie mnie zadowala. Co nie zmienia jednak faktu, że potrafił w wielu miejscach bardzo mnie zaskoczyć.

Legrasse jest bardzo interesującą postacią. Niezwykle doświadczony policjant, którego u schyłku kariery zaczynają dopadać demony przeszłości w związku z nierozwiązaną sprawą. Praca wciąż wiele dla niego znaczy i jest w stanie zrobić dla niej wszystko, jednak mam wrażenie, że zaczyna go męczyć. Szkoda mi trochę niewykorzystanego potencjału jego partnera. Mam wrażenie, że mógłby naprawdę nieźle namieszać w całej tej historii, gdyby tylko dano mu jakąś większą szansę. 

Cienie Nowego Orleanu to książka, która miała okazję wbić się do czołówki moich ulubionych thrillerów, jednak kilka minusów nie pozwoliło jej na to. Wciąż jednak pozostaje bardzo fajną i wciągającą historią osadzoną w dwudziestowiecznym Nowym Orleanie. Świetnie odwzorowuje wizję amerykańskiego społeczeństwa w tamtych czasach i idealnie buduje klimat grozy. Warto dać jej szansę, bo a nóż widelec tobie spodoba się bardziej niż mi.

wtorek, 3 listopada 2020

Wyznanie - Jesse Burton



O twórczości Jesse Burton słyszałam bardzo wiele dobrego, w szczególności o pierwszej książce wydanej w naszym kraju, Miniaturzystce. Z tego powodu miałam ją cały czas gdzieś z tyłu głowy i bardzo chciałam przeczytać, jednak wcześniej nigdy nie było nam dane się gdzieś spotkać. W końcu literatura piękna nie jest gatunkiem, po który sięgam bardzo często. Co nie zmienia faktu, że bardzo go sobie cenię. Okazja na zapoznanie się z prozą autorki przyszła zupełnie nieoczekiwanie i to z jej najnowszą książką, a nie którąś ze starszych. Jak myślicie, co z tego wyszło?

Rose Simmons została porzucona przez matkę, gdy była jeszcze niemowlęciem. Ojciec starał się jak mógł, aby nigdy jej niczego nie brakowało, jednak na wszystkich etapach swojego życia dziewczyna czuła, że nie ma w niej jakiegoś elementu układanki. Teraz jest trzydziestopięciolatką, która tkwi w nieszczęśliwym związku i tłumi w sobie ambicje. Pewnego dnia ojciec przerywa milczenie i nakierowuje Rose na kobietę, która przed laty bardzo dobrze znała jej matkę.

Fabuła powieści toczy się dwutorowo - wydarzenia z początku lat 80. ubiegłego obserwujemy oczami Elise Morceau, matki Rose, a te z przełomu 2017 i 2018 roku oczami samej głównej bohaterki. To wszystko stwarza otoczkę pozorów, że głównym tematem Wyznania jest poszukiwaniem matki, poszukiwaniem prawdy o swoim pochodzeniu. Z biegiem akcji człowiek zdaje sobie jednak sprawę, że to zaledwie ta pierwsza warstwa, a prawdziwe przesłanie tej powieści jest zupełnie inne. Jesse Burton sprawiła, że z ogromnym zaciekawieniem śledziłam losy wszystkich bohaterów, choćbym niekoniecznie pałała do nich sympatią. Samo zakończenie nie tyle zaskakuje, co ogromnie daje do myślenia nad ludźmi, którzy nas otaczają oraz relacjami, które nas z nimi łączą.

Rose od samego początku jest bardzo zagubiona i nie do końca wie, czego chce. Zawsze brakowało jej matki, a teraz kiedy ma szansę na jej odnalezienie, niekoniecznie jest na to gotowa. Tkwi w nieszczęśliwym związku, który powinien zakończyć się lata temu. Constance Holden była kobietą dumną i pewną swego, jednak pewno wydarzenie i choroba kompletnie ją odmieniły. Mimo to dalej pragnęła tworzenia i bardzo chroniła swoją prywatność. Elise łudząco przypominała mi swoją matkę. Joe z kolei nie potrafił dojrzeć nieszczęścia swojej partnerki. Uważał, że w ich związku jest wszystko w jak najlepszym porządku. Był niesamowicie skupiony na sobie oraz na rozkręcaniu swojego biznesu, który niekoniecznie szedł dobrze.

Jestem bardzo mocno oczarowana piórem Jesse Burton. Pomimo tego, że był bardzo bogaty i plastyczny, czytało mi się naprawdę szybko i przyjemnie. Autorka stworzyła wspaniałą historię ze świetnym przesłaniem oraz cudownymi bohaterami, których losów nie sposób nie śledzić z ogromnym zaciekawniem. Wyznanie sprawiło, że na pewno i z przyjemnością będę chciała poznać poprzednie książki. 

wtorek, 27 października 2020

Odechce wam się świętować. Na zawsze - "Upiorne Święta"


Święta Bożego Narodzenia kojarzą nam się przede wszystkim z ciepłem, dobrocią, miłością, rodzinnym czasem, dobrym jedzeniem i prezentami. Ten wyjątkowy klimat często zaczyna nas już otaczać niekiedy już w październiku, kiedy na sklepowych półkach zaczynają się pojawiać ozdoby i słodycze z najpopularniejszymi, świątecznymi motywami. Również wydawnictwa nie zwlekają, zalewają rynek mnóstwem uroczych opowieści o tym wyjątkowym okresie. Zazwyczaj ich unikałam, bo w przeważającej większości nie trafiały w mój gust. W końcu jednak po latach odnalazłam coś świątecznego, co naprawdę mnie zainteresowało.  

Upiorne Święta to antologia opowiadań grozy uznanych polskich - i jednego zagranicznego - autorów obracających się w tych kręgach literackich, których akcja odbywa się w święta Bożego Narodzenia. Każdy z nich podszedł do tego tematu zgoła inaczej, w niektórych przewijają się wątki istot nadprzyrodzonych, w innych tematyka bardziej w klimatach fantastyki naukowej, a nawet porachunki mafijne. Stworzyło to bardzo fajny zbiór różnorodnych opowieści, które jak dla mnie nie wszystkie były straszne, ale na pewno bardzo wciągały. Zaplanowałam sobie, że będę czytać jedno opowiadanie dziennie, a w ostateczności pochłonęłam całość w zaledwie trzy dni. 

Mam wśród nich swojego faworyta i zdecydowanie jest nim 87 centymentrów Artura Urbanowicza. Autor nadal trzyma się prowincjonalnego klimatu wiosek otaczających Suwałki. Tym razem grasuje tam seryjny morderca, którego policja ni w ząb nie może rozgryźć, ponieważ nie trzyma się schematu. Tymczasem grupka nastoletnich znajomych postanawia urządzić sobie wspólną Wigilię w dworku na odludziu, a na policję wpływa zgłoszenie o pojawieniu się tajemniczej maszyny na jednym z pobliskich gospodarstw. Od samego początku wydawało mi się najbardziej interesujące, miał rozbudowaną fabułę, świetnych bohaterów i przede wszystkim kupił mnie niesamowitym zwrotem akcji na sam koniec. Chciałabym zobaczyć je w wersji filmowej!

Pozostałe opowiadania były na mocno wyrównanym poziomie. Z takich, które przykuły moją uwagę i zostały w głowie na później na pewno mogę wymienić też Rezerwat. Kryje się za nim bardzo fajna koncepcja całej powieści osadzonej w postapokaliptycznym świecie. Hanna Greń stworzyła interesującą intrygę w świecie mafii. Jestem zaskoczona, że jedynie w jednym tekście spotkałam się z wykorzystaniem świata pozagrobowego, bo jest to dość popularny motyw horrorów. Sam pomysł na to opowiadanie jest bardzo fajny, jednak wykonanie już trochę kuleje. Tekst Jakuba Ćwieka, który był w sumie drugim autorem, dla którego sięgnęłam po ten zbiór, nieco mnie zawiódł. Czytało się go dobrze, wciągał, ale zabrakło mi gdzieś głębi i tej straszności.

Upiorne Święta może nie sprawiły, że zaczęłam tęsknić za świętami i chciałam poczuć ten klimat już teraz, ale były naprawdę bardzo fajną lekturą, którą czyta się w ekspresowym tempie. Artur Urbanowicz ustawił poprzeczkę dla pozostałych autorów bardzo wysoko, dlatego nie chcę ich oceniać zbyt surowo. Ich teksty również były świetne, jednak w porównaniu z 87 centymetrów nie mają żadnych szans. Myślę, że będzie to idealna lektura dla miłośników literatury grozy, którym brakuje po prostu świątecznych historii, które byłyby stworzone idealnie dla nich.

sobota, 26 września 2020

Klub Porzuconych Narzeczonych - Joanna Nowak


Literatura kobieca nigdy nie była gatunkiem, po który sięgam na co dzień. Zdecydowanie częściej od niego stronię, ponieważ w większości nie umiem się w nim odnaleźć i bardzo często trafiają mi się buble. Z Klubem Porzuconych Narzeczonych było inaczej. Znam osobiście siostrę autorki i po przeczytaniu opisu wiedziałam, że bardzo chcę jej pomóc w promowaniu jej, a przeczytanie jej tylko mnie w tym utwierdziło. 

Kamila stoi przed zadaniem napisania kolejnego genialnego artykułu albo wyleci ze swojej wymarzonej pracy w redakcji magazynu dla kobiet. Szczęśliwym trafem w nowej kawiarni w centrum trafia na trzy kobiety, które miały wziąć ślub tego samego dnia, w tym samym kościele i wszystkie zostały porzucone przez swoich narzeczonych. Kontaktuje się z nimi, aby założyć tytułowy klub porzuconych narzeczonych i w tajemnicy wykorzystać ich wizerunek do napisania serii artykułów na ten temat. Nie jest to tak idealny plan, jakby się wydawał.

Ciągnęło do mnie tej książki, ponieważ od początku wiedziałam i oczywiście można było się domyślić, że plan Kamili okaże się totalną klapą, która przyniesie jej szkód niż korzyści. Jednak z ogromnym zaciekawieniem śledziłam perypetie tych czterech kobiet, jednocześnie wyczekując tego punktu kulminacyjnego, w którym cały misterny plan się posypie. Bardzo spodobało mi się również to, co zadziało się już potem, że mimo wszystko chociaż dla części z bohaterów cała historia skończyła się czymś dobrym. Najbardziej jednak na moją opinię wpłynęła sama końcówka, kiedy autorka wyciągnęła z rękawa swojego największego asa. Było to jednocześnie kompletnie nie do przewidzenia, a jednocześnie bardzo realne, za co ma u mnie ogromnego plusa.

Chciałoby się o Kamili powiedzieć same złe rzeczy, bo przecież wykorzystała przyjaźń z trzema świetnymi kobietami, jednak znając całość historii i to co działo się w jej życiu w międzyczasie nie mam serca jej zjechać od góry do dołu. Dziewczyna jest po prostu bardzo ambitna, ale miała słabszy okres w życiu i teraz próbowała to ratować nawet za cenę swojego dobrego imienia i życia prywatnego. Jednak co by złego nie mówić to zawsze wypija piwo, którego sama sobie nawarzyła. Ze wszystkich porzuconych narzeczonych chyba najbardziej polubiłam Anię i Julię, które nie dość, że cierpiały po tym, co się wydarzyło w  ich życiu to jeszcze nie miały łatwo w kontaktach ze swoimi rodzicami. Margo z kolei była kobietą sukcesu. Stawiała przede wszystkim na rozwój siebie i swojej firmy, co niestety nie wszystkim się podobało.

Mimo iż na początku historia wydaje się być banalna i przewidywalna to jednak ma drugie dno. Zawiera świetnych bohaterów z intrygującymi historiami oraz genialny plot twist na samym końcu, który pozostawia czytelników z otwartymi ustami z zaskoczenia. Sama świetnie się przy niej bawiłam i przeczytałam ją dosyć szybko, dlatego serdecznie ją wam polecam - szczególnie jeśli lubicie obyczajówki skierowane do kobiet.

wtorek, 22 września 2020

Cień - Michael Miller, AdriAnne Strickland


Dopada mnie czasem uczucie, że w czytanych aktualnie książkach brakuje tego czegoś, tego jednego wątku, który sprawiłby, że ponownie poczuje, że to jest coś wyjątkowego. Nie umiem jednak dokładnie wskazać, czego tak naprawdę szukam. Błądzę wtedy od jednej pozycji do drugiej i po prostu próbuję wszystkiego, co może zaspokoić to dziwaczne uczucie. Zawsze znajduje to przypadkiem. Często w książkach, w których niekoniecznie pokładałam jakieś duże nadzieje. Miały być po prostu dobre. Opowiadam to wam dlatego, że Cień jest dokładnie taką książką.

Na ciemnym i skutym lodem Alaxaku, gdzieś w najdalszych krańcach galaktyki mieszka lud, który cały swój przemysł opiera na cieniu - bardzo niebezpiecznym i niestabilnym źródle energii. Rodzina Qole i Arjana od wielu pokoleń zajmuje się jego poławianiem w statku kompletnie nieprzystosowanym do przewożenia tego typu ładunku. Pewnego dnia w ich załodze pojawia się nowy ładowacz imieniem Nev, który nigdy wcześniej nie pracował na takim stanowisku, a do tego usilnie próbuje dostać się w krąg zainteresowań Qole,

Historia rozpoczyna się w dość spokojnym tempie, jednak już po zaledwie kilkudziesięciu stronach zostajemy wrzuceni w wir emocjonujących wydarzeń - pościgów, porwań oraz kosmicznych bitew. Cała fabuła kręci się wokół cienia oraz jego poławiaczy, którzy po długotrwałym i wielopokoleniowym wystawieniu na działanie tej kosmicznej substancji zyskali nietypowe umiejętności. Qole i Arjan są właśnie jednymi z nich, dlatego chcąc czy nie chcąc, zostają wrzuceni w centrum tych wszystko wydarzeń. Bardzo podoba mi się również konstrukcja świata przedstawionego -  nieprzyjaznego i niebezpiecznego kosmosu, gdzie nie wiadomo komu ufać. Wielkie rody żyją w dostatku i bogactwie, a pomniejsze planety są przez nie wyzyskiwane. Mogą liczyć tylko na siebie. W tym wszystkim nawiązujemy też do bardzo ważnego wydarzenia z przeszłości całego wszechświata, które chyba najbardziej przekonało mnie do polubienia tej historii. Jednym słowem wszystkie elementy fabuły w tej książce niesamowicie ze sobą współgrają i czytając mogłam się tylko zachwycać. Co najważniejsze - wcale nie odczułam, że książka była pisana przez aż dwie osoby.

Qole gra przed swoja załogą niesamowicie silną panią kapitan, która znajdzie wyjście z każdej sytuacji, jednak w rzeczywistości ukrywa przed nimi swoje prawdziwe uczucia. Cień zniszczył jej rodzinę i dziewczyna bardzo boi się, że ją i brata spotka to samo, przez co nie będzie mogła w pełni wykorzystać swojego życia. Kurczowo chwyta się każdej okazji naprawienia sytuacji swojej rodzimej planety. Arjan, choć starszy, jest jej totalnym przeciwieństwem - wyluzowany, beztroski i czerpiący jak najwięcej z każdej chwili. Tożsamości Neva nie będę wam zdradzać, choć robi to sam opis z tytuł okładki, ale ja ich nie czytam przede przeczytaniem i dzięki temu autorom udało się mnie niesamowicie zaskoczyć. Powiem tylko, że Nev jest bardzo naiwny i zapatrzony w puste ideę swojej rodziny, ale jednocześnie potrafi się uczyć na własnych błędach oraz wyciągać z nich daleko idące wnioski. Po prostu ma za dobre serce. Bardzo polubiłam również pozostałych członków załogi Kaitanu. Najbardziej polubiłam Basrę ze względu na to jaką ogromną tajemnica spowijała jego postać. Rozwiązanie tego wszystko okazało się jeszcze większym zaskoczeniem niż sam Nev.

Cień to niesamowicie wciągająca i zaskakująca odyseja kosmiczna, od której po prostu nie da oderwać. Autorzy stworzyli dynamiczną akcję, wiele intryg i tajemnic oraz przede wszystkim niesamowitych bohaterów, z którymi można nie tyle się utożsamić co z chęcią również zaprzyjaźnić. Sama płynęłam przez tę powieść i poczułam w niej to coś, czego niesamowicie mi wtedy brakowało. Jestem wręcz zaskoczona, że nie zyskała zbyt wielkiej popularności. Mam jednak nadzieję, że niebawem będę mogła przeczytać dalszy ciąg tej genialnej serii.

wtorek, 1 września 2020

Głosząca Kres - Jay Kristoff


Przyznam się wam szczerze, że siedzę nad tym tekstem już kilka ładnych tygodni i wciąż nie umiem wykrzesać z siebie czegoś wartego publikacji, a właściwie to nawet czegokolwiek. Jednak mój stos hańby zaległych recenzji znowu zaczyna się niebezpiecznie rozrastać, dlatego uznałam, że pora wreszcie usiąść, wziąć się w garść i napisać wam co uważam o Głoszącej Kres. Nawet jeżeli nie umiem znaleźć odpowiednich słów to napisanie chociaż o tym, często bardzo pomaga i nagle z jednego zdania, które niby ma być żalem, rozrasta się cała, całkiem zjadliwa recenzja, więc może i tym razem się uda.

Wojna domowa w Shimie to już kwestia zaledwie kilku dni. Aisha - ostatnia przedstawicielka rodu cesarskiego - umarła bezpotomnie i Gildia Lotosu upatruje w tym swojego momentu na sięgnięcie po władze absolutną. W tym celu mają zamiar wykorzystać niedobitki samurajów oraz swoją tajną broń. Rebelianci zaś całą nadzieję pokładają w tancerce burzy, Yukiko i jej arashitorze Buruu. Nastolatka, targana własnymi problemami, zdaje sobie sprawę, że w pojedynkę nie wygra nawet jednej potyczki, a musi znaleźć sposób na wygranie całej wojny.

Nie mogę nie zacząć od stwierdzenia, że Głosząca Kres to moja ulubiona część z całej trylogii Wojny Lotosowej i ma na to wpływ naprawdę wiele czynników. Przede wszystkim bardzo dużo się w niej dzieje. Nigdy nie wiesz, gdzie zaraz wyląduje któryś z bohaterów i jaki kolejny zwrot akcji pojawi się za rogiem. W tym wszystkim Jay Kristoff dalej umiejętnie oraz ciekawie rozbudowuje świat przedstawiony. Cieszę się bardzo, że mogłam bliżej poznać nieco kultury oraz zwyczajów gaijnów oraz przede wszystkim ich stosunek do tego, co Shima robiła przez ostatnie dekady. Poza tym zostaliśmy też nieco bardziej wprowadzeni w świat tygrysów gromu, a co za tym idzie w końcu w pełni poznajemy przeszłość Buruu. Najbardziej jednak zaciekawił mnie ostatni wątek, którego nie chciałabym wam zdradzać, ponieważ moim zdaniem jest to największe zaskoczenie. Po prostu nie chcę psuć wam niespodzianki.

Jestem pod naprawdę ogromnym wrażeniem, jakie przemiany zaszły w wielu bohaterach Głoszącej Kres. Yukiko bardzo wydoroślała i dojrzała, ponieważ spadł na nią ogrom odpowiedzialności za siebie, innych oraz przede wszystkim za naród, który pokłada w niej wielkie nadzieje. Dziewczyna jednocześnie myśli bardzo trzeźwo i rozsądnie, liczy się ze swoimi możliwościami, ale i też nie boi się podejmować ryzykowanych kroków. Wśród wojennego zgiełku Hana odnajduje siebie, swoje miejsce na ziemi, ale przede wszystkim jednak w końcu nie boi się iść za głosem serca. Yoshi wydaje się bardzo zagubiony, kieruje nim chęć zemsty i po prostu musi popełniać własne błędy, aby w końcu przejrzeć na oczy. Buruu nabrał dużo więcej majestatyczności i w końcu stał się tym dumnym tygrysem gromu z shimańskich legend. Jego historia jest bardzo interesująca i bardzo umiejętnie została wykorzystana przez autora w toku fabuły. Kin bardzo mi zaimponował. Pomimo tego w jaki sposób został potraktowany przez Kage w poprzednich tomach nadal walczył u ich boku o wolną Shimę i przede wszystkim przebaczenie pewnym osobom na pewno nie było łatwe.

Niesamowicie mi szkoda, że to już koniec tej bardzo klimatycznej historii, jednak na pewno był to odpowiedni moment na zakończenie całości. Tym bardziej, że Jay Kristoff zrobił to w naprawdę epickim stylu. Cała Głosząca Kres to rollercoaster wrażeń i zwrotów akcji. Szczególnie polubiłam wątek, o którym - jak już wcześniej wspomniałam - nie będę wam opowiadać ze względu na spoilery oraz kreacje bohaterów. Jeśli lubicie kulturę Japonii czy Dalekiego Wschodu oraz/lub literaturę fantastyczną to na pewno jest to lektura w stu procentach dla was. 

wtorek, 9 czerwca 2020

Ostatni Namsara - Kristen Ciccarelli


Uwielbiam smoki, a mitologie, legendy i baśnie zawsze mnie fascynowały, więc gdyby ktoś w tej chwili postawiłby mnie przed wyborem ulubionych wątków w powieściach fantastycznych to nie wahałabym się w wyborze. Jedynie uzupełniłabym je o kilka innych interesujących mnie tematów. Wymieniłam te dwa, bo ściśle wiążą się z Ostatnim Namsarą, ponieważ łączy on te tematy w jedno. Zarówno to, jak i napływające od was pozytywne opinie, sprawiły, że nie mogłam przejść obok tej powieści obojętnie.

Jako mała dziewczynka Asha starymi, zakazanymi opowieściami zwabiła pierwszego smoka, który w gniewie podpalił ją i stolicę Firgaardu. Cudem przeżyła to spotkanie. Na jej ciele pozostały rozległe, oszpecające blizny oraz nienawiść i wykluczenie ze strony poddanych. W ramach odkupienia win, poluje na smoki i przynosi ich głowy królowi. Ma także poślubić komendanta, który uratował jej życie. Nadchodzą jednak wieści, że Kozu ponownie pojawił się górach Ryftu, a to dla niej ostateczna szansa, aby całkowicie się oczyścić, a także uniknąć małżeństwa z rozsądku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem ilości informacji, które Kristen Ciccarelli zawarła w tak krótkiej książce i jednocześnie nic nie wydawało się przerysowane czy też przekoloryzowane. Nie jest to też nie wiadomo, jak pompatyczna powieść fantastyczna, jednak nie czuję po niej żadnego niedosytu. Autorka zbudowała bardzo interesujący świat przedstawiony i brakowało mi tutaj jedynie jakiejś mapki, która pozwoliłaby się lepiej rozeznać w jego topografii. Sama fabuła kręci się oczywiście wokół starych opowieści, które zostały zakazane przed kilkoma pokoleniami, oraz polowań na smoki. Co najważniejsze nic nie jest tutaj takie, jakby się wydawało. Kłamstwa oraz niedopowiedzenia budują fajną atmosferę i napędzają akcje, w której nie brakuje nagłych zwrotów akcji. Dla niektórych może też to nie będzie nic nadzwyczajnego, bo mamy tutaj kilka typowych wątków, jak bunt przeciwko władzy czy zakazaną miłość, ale ja czytając Ostatniego Namsarę poczułam swego rodzaju powiew świeżości. Styl autorki jest nieco inny niż w czytanych wcześniej przeze mnie powieściach i przez niego się płynie. Poza tym w samym klimacie da się wyczuć jakąś taką mocno baśniową nutę z dużą dozą brutalności. Przyznaje się też, że nie przewidziałam takiego zakończenia, choć przez całą książką zastanawiałam się, kim będzie ten tytułowy ostatni namsara.

Rodzina królewska Firgaardu jest bardzo dysfunkcyjna, wręcz patologiczna. Brakuje w niej zdrowych relacji między rodzicami a dziećmi, zaufania czy bliskości. Matka Ashy i Daxa umarła bardzo młoda, a powód jej śmierci jest chyba najlepszym dowodem mojej tezy. Król sprawia wrażenie pompatycznego oraz wiecznie niezadowolonego ze swojego syna, córkę traktuje przedmiotowo i jest ona dla niego bardziej narzędziem do realizacji swojej polityki. Asha wydaje się groźna, niepokonana i niebezpieczna, a w rzeczywistości to zagubiona, przerażona dziewczynka, którą łatwo manipulować. Podoba mi się jednak, że w końcówce w końcu wzięłaś się w garść i zaczęła samodzielnie działać i analizować. Dax to z kolei chyba najbardziej niepozorna postać całej książki. Na początku jest opisywany jako dziecko z trudnościami w nauce, które nie umie pisać ani liczyć. Tymczasem to co zadziało się z nim w trakcie tej powieści zasługuje na ogromną pochwałę. Torwin z kolei jest bardzo odważny i nie boi się podążać za głosem sercem. Bardzo sprytnie umie też manipulować słowami, aby wszystko w końcu wyszło na jego. Komendant wydaje się mieć większą władzę w kraju niż sam król. Jest okrutny, zdeprawowany, nie boi się sięgać po to co jest mu należne z wykorzystaniem bardzo skrajnych metod. Zdecydowanie lepiej chciałabym poznać postać Szafiry, ponieważ zawsze była tam gdzieś w tle, gotowa nieść pomoc i mam wrażenie, że to będzie taka fajna przebojowa dziewczyna.

Gdy sięgałam po Ostatniego Namsarę nie spodziewałam się, że będę aż tak dobrze się przy niej bawić. Autorka odwaliła kawał dobrej roboty. Stworzyła spójny i interesujący świat, w którym główne skrzypce grają smoki oraz opowieści. Zadbała również o wciągającą fabułę czy ciekawych bohaterów. Jak dla mnie jest to mieszanka idealna i z wielką przyjemnością sięgnę po kolejne części. Jeśli wy również lubicie tego typu klimatu to serdecznie wam ją polecam.

sobota, 23 maja 2020

Dwór Mgieł i Furii - Sarah J. Maas


Twórczość Sarah'y J. Maas budzi we mnie skrajne emocje. Miałam bardzo wysokie wymagania wobec Szklanego Tronu i chyba to było gwoździem do trumny tej serii. Oczywiście nie spisuje jej całkowicie na starty i traktuje raczej jako zwykłe czytadło niż pompatyczną powieścią fantastyczną. Po prostu do mnie nie przemówiła. W pewnym momencie nawet zgubiłam się, co tam się właściwie już dzieje. Mimo wszystko dałam autorce drugą szansę i sięgnęłam po Dwór Cierni i Róż, w którym po prostu przepadłam. Historia Feyry i Tamlina niesamowicie mnie wciągnęła, dlatego musiałam sięgnąć po kontynuację.

Po setkach lat tyranii Prythian nareszcie jest wolny od krwawych rządów Amaranthy. Wydawałoby się, ze teraz już wszystko będzie dobrze i Feyra oraz Tamlin mogą żyć długo i szczęśliwie. Nie wszystko jest jednak takie kolorowe. Dziewczyna nigdy nie chciała być prawdziwą księżniczką z bajki i teraz czuje się, jakby żyła pod kloszem. Chce brać udział w polityce, walkach oraz polowaniach, na co niestety nie pozwala jej narzeczony. Ucieczką okazuje się przysięga złożona Rhysandowi, która zobowiązuje ją do spędzenia kilku tygodni w każdym miesiącu na Dworze Nocy. To właśnie tam Feyra odkrywa, przed czym tak gorliwie chroni ją Tamlin. Czy Prythian rzeczywiście jest już bezpieczny?

Słyszałam wiele nieprzychylnych opinii na temat drugiego tomu Dworów, ze względu na to, co wydarzyło się w nim z postacią Tamlina. Ja jestem jednak odmiennego zdania. Całkiem lubiłam tą postać, jednak jego rozwój w Dworze Mgieł i Furii jest bardzo ciekawym i realistycznym zabiegiem fabularnym, bo on dopiero teraz pokazał swoją prawdziwą twarz. W poprzedniej części mógł dawać jedynie subtelne znaki. Poza tym bardzo wciągnęłam się w akcję, która wydarzyła się w tej części. Sarah J. Maas świetnie rozbudowuje świat przedstawiony. Sięga poza granice Prythianu i świata ludzi oraz dodatkowo nawiązuje do legend i mitów związanych z poszczególnymi krainami, szczególnie jeśli chodzi o samo stworzenie świata przedstawionego. Przy tym nie zapomina również o rozwoju bieżącej akcji. Niesamowicie spodobało mi się, że przemiana Feyry w Fae nie przebiegła bez konsekwencji, a jej skutki mają bardzo ważną rolę w całej historii. Od początku do samego końca bardzo wiele się dzieje, co niesamowicie wciąga w sidła tej powieści. Nawet wątek miłosny jakoś nieszczególnie mnie mierzwi, bo jakby relacje między ukochanymi rozwijały się bardzo powoli, póki oni sami nie byli w stu procentach pewni, że są sobie przeznaczeni.

Niemal czułam ból Feyry przebywającej wiecznie w czterech ściana, wśród ludzi którzy oceniali każdy jej krok. Dodatkowo cały czas spędzała jedynie nad przygotowaniami do ślubu, w kwestii którego nie miała do powiedzenia właściwie nic. Całość miała być idealna dla kapłanek Fae, nie dla niej. Nie dziwię się, więc że chciała od tego uciec i wreszcie to zrobiła. Z Rhysandem mogła być sobą i jednocześnie decydować o sobie samej. Książę Nocy z kolei pod maską drania wobec innych dworów ukrywa człowieka o bardzo interesującej historii, ciekawym charakterze i nieco miękkim sercu. Życie nauczyło go jednak nie zwlekać, a działać zanim będzie za późno. Z tego powodu obecność Feyry na jego dworze jest mu na rękę i przyznam, że bardzo umiejętnie to wykorzystał. Tamlin zyskał u mnie ogromnego minusa, ponieważ okazał się być po prostu strasznym zazdrośnikiem i trzymał Feyrę na bardzo krótkiej smyczy. Dokładnie to samo Lucien, który nie potrafił mu się sprzeciwić. Całkiem inaczej odebrałam przyjaciół Rhysanda. Są zbiorem bardzo ciekawych osobowości. Każdy z nich ma swoje własne historie - jedni mniej lub bardziej mroczne - które ukształtowały z nich wspaniałych ludzi.

W tej chwili nie umiem powiedzieć, czy bardziej przemawia do mnie pierwsza czy druga część tej serii, jednak w obu totalnie przepadałam. Na bazie baśni o pięknej i bestii Sarah J. Maas zbudowała cudowną i niezwykle wciągającą serię fantasy. Przemawia za tym genialna konstrukcja świata przedstawionego, interesująca fabuła i przede wszystkim skupisko genialnych bohaterów, którzy nie są idealni. O ile Szklany Tron totalnie do mnie nie przemówił, o tyle w Dworach totalnie pokochałam i już nie mogę się doczekać aż będę mogła kontynuować czytanie tej serii. Nie obraziłabym się nawet, gdyby na jej podstawie powstał jakiś dobry serial.

sobota, 18 kwietnia 2020

Inwazja i Farba - Wojtek Miłoszewski


W momencie, gdy Inwazja miała swoją premierę, uznałam, że kompletnie nie jest to pozycja dla mnie. Myślałam wtedy, że nie znam się i nie interesuje polityką. Z biegiem czasu jednak moje poglądy drastycznie się zmieniły. Dotarło do mnie, że przecież większość książek, które czytam i tak w jakimś (mniejszym lub większym stopniu) zahacza o tematy polityczne. Duży wpływ miała na mnie również opinia jednej z bardzo bliskich mi blogerek, która niestety już swojego bloga nie prowadzi. Cały proces mojego przekonywania się do prozy Wojtka Miłoszewskiego zakończył się dopiero w momencie, gdy wychodziła Farba.

Sytuacja za naszą wschodnią granicą nie jest za ciekawa. Rosja podbiła Ukrainę i ostrzy sobie ząbki, aby ruszyć dalej w głąb Europy. Wywołuje to zamieszanie wśród polityków na całym świecie, choć Putin zarzeka się, że bez powodu jego wojska nie wkroczy na terytorium Polski. Tymczasem nasz kraj szykuje swoją armię do potyczki zbrojnej. Pułkownik Roman Gurski wraca do kraju i ponownie wstępuje do wojska. Biznesmen Henryk Wojnarowicz postanawia się przebranżowić, aby jeszcze więcej zarobić na wojnie, a niczego nieświadomy Michał Barański stara się wyciągnąć swoją rodzinę z kłopotów finansowych.

Wojtek Miłoszewski niesamowicie zaskoczył mnie swoją serią, ponieważ przemiany polityczne są tutaj jednocześnie napędem i tłem dla wydarzeń, które dzieją się w życiu bohaterów. Jest to bardziej przedstawienie, jak wojna i okupacja może wpłynąć na życie polityków, wojskowych oraz zwykłych obywateli we współczesnym świecie. Przy czym autor nie oszczędza ani czytelnika, ani swoich postaci. Choć zdarzają się małe, dobre rzeczy to w większości mamy tutaj do czynienia z ludzkimi tragediami. Na każdym kroku widać śmierci żołnierzy i cywilów, zdrady swojego kraju, nędzę oraz rozdzielone rodziny. W Farbie bardzo podobał mi się również fakt, że Miłoszewski pokazał, że kapitulacja to nie jest koniec walki o wolność, że wróg się nie wycofuje i nie zostawia przegranego w spokoju. Wręcz przeciwnie, narzuca mu reżim gorszy niż swoim własnym obywatelom i o wielu rzeczach po prostu kłamie zachodnim władzom. W ten sposób Polacy są zdani sami na siebie w walce o niepodległość.

Inwazja i Farba to ogromne grono świetnych, barwnych bohaterów. Począwszy od polityków, o których przyznam szczerze, czytało się dość dziwnie, bo miało się świadomość, że są to realne osoby, które wcale nie muszę być takie, jak tutaj. Jednak autor naprawdę dobrze oddał ich wizerunek medialny. Wśród postaci, które przedstawiono nam bliżej, bardzo polubiłam Romana Gurskiego i jego kompanów z batalionu, którzy pomimo strachu próbowali robić wszystko, co mogli dla naszego kraju. Henryk Wojnarowicz i Zenon Marczak byli kanaliami, dla których liczył się tylko zysk. Chcieli wykorzystać sytuacje dla własnych celów. Anna Wojnarowicz to dość zagubiona postać. Michał z kolei wywołuje same pozytywne emocje. To dość fajtłapowaty mężczyzna, który mimo wszystko stara się ratować swoją rodzinę. Jednocześnie jest wystawiany na dość poważne próby.

Mimo że seria Wojtka Miłoszewskiego porusza dość poważne tematy, to miałam wrażenie, że przez nią się po prostu płynie. W wielu momentach wręcz nie mogłam się oderwać od lektury. Autor idealnie wyważył treści pisane z perspektywy różnych bohaterów. Tym samym stworzył wspaniałe studium współczesnego społeczeństwa ogarniętego wojną i okupacją, a dodatkowo zadbał również o genialną i wiarygodną fabułę. Jest to na pewno historia dla ludzi o mocnych nerwach i lubiących tę tematykę. Dla mnie jest to jednak coś, co powinno się przeczytać, bo otwiera oczy na naprawdę wiele spraw i zostawia nas z wieloma pytaniami. Sama osobiście nie mogę się doczekać, aż sięgnę po trzeci tom.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Psy pożrą ciało Jezebel - Jarosław Kamiński


Nie miałam zielonego pojęcia czego spodziewać się po Jarosławie Kamińskim. Choć wiem, że nie jest to jego debiutancka powieść, to jednak w moim przypadku jest to pierwsze spotkanie z prozą tego autora. Psy pożrą ciało Jezebel jednocześnie zaciekawiło mnie i przeraziło tematyką, a już w trakcie czytania bardzo mocno zaskoczyło. Jesteście ciekawi, co ostatecznie wyszło z tej lektury?

Sylwia jest kobietą sukcesu, która jednocześnie zmaga się z żałobą i depresją po samobójczej śmierci 15 letniej córki. Swoje uczucia przelewa na wpisy na internetowym portalu. Jej konto z czasem staje się całkiem popularne. Wśród obserwatorów jest tajemnicza YZBL2, która prawdopodobnie wie, dlaczego Mila odebrała sobie życie.

Spodziewałam się po tej powieści zwykłej obyczajówki o matczynym bólu po stracie dziecka, żałobie, depresji i problemach nastolatków. I w pewien sposób dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, jednak ubrane w naprawdę genialną formę. Autor nie patyczkuje się z czytelnikiem. Nie pokazuje wszystkiego wprost. Wręcz przeciwnie, do tych najważniejszych wątków używa sporej ilości metafor. Przede wszystkim przedstawia wirtualny świat jak ten rzeczywisty, tylko ze sporą dozą niespodzianek i pułapek. Poza tym wielokrotnie przedstawia nam przeszłe wydarzenia z perspektywy Sylwii lub Mili. Wszystkie te zabiegi złożone do kupy, mają pomóc kobiecie pogodzić się ze stratą córki i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nastolatka popełniła samobójstwo.

Sylwia jest dość zawiłą postacią. Przez wiele lat jest zagubiona pomiędzy tym, czy powinna robić karierę czy skupić się na rodzinie. Nie jest w stanie pogodzić obu rzeczy. Kiedy wybiera jedno, zaczyna żałować straty drugiego i tak w kółko. Żałoba prowadzi ją nie tyle do depresji, co do dużo gorszych przypadłości psychiatrycznych. Z kolei jej córka to doskonały przykład młodej dziewczyny, która ma swój własny styl i za wszelką cenę chce się go trzymać. Niestety chodzi też do dość elitarnego liceum, gdzie trzeba się bardzo pilnować z zaufaniem. Bardzo nie spodobała mi się za to postawa rodziców Sylwii oraz jej męża, którzy nie potrafi wesprzeć kobiety w pogodzeniu obu aspektów jej życia.

Jarosław Kamiński niesamowicie zaskoczył mnie sposobem, w jaki przedstawił fabułę Psy pożrą ciało Jezebel. Te wszystkie środki stylistyczne, wspomnienia oraz wizualizacje niesamowicie do mnie przemówiły. Nie była to książka łatwa, prosta i przyjemna, a wręcz przeciwnie. Tematyka niesamowicie trudna, a autor podniósł sobie jeszcze bardziej poprzeczkę i temu sprostał. Jeśli lubicie tego typu książki to naprawdę serdecznie ją wam polecam.

wtorek, 7 kwietnia 2020

Fałszywy Pieśniarz - Martyna Raduchowska


Fałszywy Pieśniarz to kolejna książka, z której recenzją mam malutki problem. Siadam do napisania jej  i w głowie pojawia mi się totalna pustka, bo nie umiem odnaleźć odpowiednich słów na opisanie wam, dlaczego jest taka dobra. Głównie ze względu na fakt, że jest to kolejny tom i bardzo nie chciałabym się powtarzać. Spróbujmy jednak napisać coś sensownego, co przekona was do tej serii.

Po uratowaniu duszy Mikołaja, Ida zostaje pełnoprawnym członkiem Wydziału Opętań i Nawiedzeń, a Kruchy jej partnerem. Jednak dziewczyna nie czuje się tam mile widziana, do tego w ogrodzie Kusiciela odnajdują zwłoki nieznanego mężczyzny. Ich ekshumacja ponosi za są serię tajemniczych samobójstw.

Przyznam szczerze, że sprawa rozwiązywana w tym tomie była bardzo fajnym dopełnieniem całości wątku związanego z Kusicielem. Wyjaśniła naprawdę wiele niedopowiedzeń z poprzednich tomów i moim zdaniem czyni to Fałszywego Pieśniarza idealnym zamknięciem serii. Wrażenie to potęguje fakt, że uzupełniona została przeszłość Kruchego, a także pojawił się dość fajny wątek związany z wątpliwościami odnośnie daru Idy. Bardzo to do mnie przemówiło ze względu na to, że moce dziewczyny są bardzo rzadko spotykane i sama Tekla niewiele o nich wiedziała. Co najważniejsze Martyna Raduchowska cały czas trzyma poziom serii - jest ona cały czas tak samo wyciągająca, nieco mroczna i przede wszystkim przezabawna. Przyznam nawet, że ten główny wątek kryminalno-magiczny był niezłą miazgą. A! Byłabym zapomniała, ale w końcu wyjaśnił się wątek samego Pecha, który również bardzo mnie zaciekawił.

Przy trzecim tomie, którego akcja ciągnie się ciurkiem zaraz po poprzednim najciężej napisać coś o samych bohaterach. Ida powoli przekonuje się do tego, że jednak ma jakieś magiczne moce, choć z każdym kolejnym rozdziałem jest jej trudniej. Kruchy z kolei cały czas pod maską luzaka próbuje przezwyciężyć demony swojej przeszłości. Do tego fajnie rozwijająca się między nimi relacja, która kiedyś może przerodzić się w głębszą relacje. Samego Kusiciela może nie poznajemy jakoś dobrze, ale autorka fajnie przedstawia nam zawiłości jego rozumu. No i przede wszystkim mój ulubiony w tym wszystkim - Pech, który okazał się być bardzo ważnym wątkiem. Natura jego istnienia została wyjaśniona w całkiem zgrabny sposób.

Z każdym kolejnym tomem coraz bardziej zakochuje się w tej serii i z bólem muszę przyznać, że naprawdę widziałabym Fałszywego Pieśniarza jako ostatnią część. Wszystkie wątki zostały wyjaśnione i nie bardzo wiem, o czym dalej miałaby ona opowiadać. Niemniej serdecznie wam ją polecam. Szczególnie, jeśli szukacie nieco groteskowej powieści fantastycznej z dużą doża humoru oraz niepospolitymi bohaterami, a do tego napisanej przez naszą rodzimą autorkę.

sobota, 28 marca 2020

Na krawędzi mroku - Jeff Giles


Zazwyczaj bardzo skrupulatnie pilnuję kolejności, w której powinnam pisać zaległe recenzje, jednak Na krawędzi mroku gdzieś mi się po prostu zapodziało. Dopiero kilka dni temu zorientowałam się, że piszę już o książkach, które przeczytałam po niej. Teraz jednak postaram się szybko naprawić ten błąd, bo bardzo niecierpliwie czekałam, żeby móc opowiedzieć wam o tej książce, bo - w skrócie - była jeszcze lepsza niż jej poprzedniczka.

Iks poświęcił swoją wolność, aby ratować rodzinę Zoe. Potem miał w planach wyrwać się spod władzy lordów, jednak pozbawili go mocy i zepchnęli do najgorszych zakamarków Niziny. Tam udaje mu się poznać kilka tajemnic związanych ze swoim pochodzeniem. Wpada na trop rodziców. Również Zoe nie próżnuje i wybiera się do mrocznego świata, aby ratować ukochanego.

W drugim tomie Jeffowi Gilesowi udało się zmieścić jeszcze więcej akcji oraz tajemnic niż w Na krawędzi wszystkiego. Przede wszystkim jednak w tym tomie zdecydowanie bardziej skupił się na postaci Iksa. Bardzo wciągnęło mnie poznawanie jego przeszłości oraz poszukiwanie rodziców. Jednak szczególnie spodobało mi się, że w Na krawędzi mroku mogliśmy zdecydowanie lepiej poznać Nizinę - głównie chodzi mi o tereny oraz prawa, które nią rządzą. Muszę przyznać, że Jeff Giles utworzył to miejsce w bardzo zmyślny sposób. Sama końcówka to był już roller coaster wrażeń i nie mogłam się od niej oderwać ani na chwilę. Jestem również na tak, jeśli chodzi o finał - był taki słodko-gorzki.

Przeszłość Iksa jest owiana grubą warstwą tajemnic, jednak chłopak zaciekle walczy o poznanie prawdy oraz o swoją miłość do Zoe, choć czasem brakuje mu pomysłów. Zoe z kolei to dziewczyna, która totalnie nie wpisuje się w schemat bohaterki powieści młodzieżowej - ona nie czeka na swojego księcia z bajki, tylko również działa w ich sprawie. Wciąż niezmiernie przemawia do mnie postać Wyrywaczki - pozornie szalonej kobiety z ogromnym sercem, która wychowała Iksa. Na wspomnienie zasługują również przyjaciele Zoe, którzy starali się odwieść ją od pomysłu zejścia na Nizinę, oraz Rufus, zawsze pomocny i szukający nawet nietypowych rozwiązań.

Seria Jeffa Gilesa jest typową młodzieżówką, w której dwóch nastolatków zakochuje się w sobie, choć cały świat jest temu przeciwny. Jednak świetny styl pisania autora, nietuzinkowa fabuła i genialni bohaterowie sprawiają, że wprost nie można się od niej oderwać. Jeśli zastanawiacie się nad lekturą to chciałabym rozwiązać wasze wątpliwości - naprawdę warto!

sobota, 21 marca 2020

O północy w Czarnobylu - Adam Higginbotham


Czasem dopada mnie takie przykre uczucie, że jednak zbyt rzadko sięgam po książki z nurtu literatury faktu. Niestety jednak jest zdecydowanie mniej takich, które by mnie zainteresowały, niż w powieściach fikcyjnych. Za to, gdy już się trafi jakaś perełka, to naprawdę nie umiem przejść obok niej obojętnie i znajduje w niej dokładnie to, czego oczekiwałam. I taka w skrócie jest O północy w Czarnobylu Adama Higginbothama.

26 kwietnia 1986 roku w elektrowni jądrowej w Czarnobylu dochodzi do jednej z największych katastrof jądrowych, jakie pamięta świat. Podczas rutynowego testu reaktora nr 4 operatorzy popełniają tragiczną pomyłkę, co w konsekwencji doprowadza do wybuchu reaktora. Po nim następuje szereg błędnych decyzji radzieckich władz oraz skutki odczuwalne na całym świecie.

Zacznę od tego, że Adam Higginbotham odwalił kazał niezłej roboty przy tworzeniu tej książki. Opisał całą sytuację w bardzo szczegółowy i wyczerpujący sposób - począwszy od przyczyn, poprzez samą noc katastrofy, aż po krótko- i długofalowe skutki czy procesy winnych tej tragedii. Przede wszystkim jednak nie skupił się na samym temacie wybuchu reaktora, ale w skrócie przedstawił nam również działalność przemysłu jądrowego na świecie i przede wszystkim w ZSRR czy historię elektrowni w Czarnobylu.

Przy czym zrobił to bardzo plastyczny i prosty językiem, który będzie zrozumiały nawet dla laików w tematach jądrowych. Nie miałam fizyki czy chemii od kilku ładnych lat, ale dokładnie zrozumiałam każdy wywód autora na temat budowy i działania radzieckich reaktorów. Jestem też pod ogromnym wrażeniem dokładności relacji z perspektywy ludzi biorących udział w całej tej akcji. Okazuje się jednak, że nie są one wyssane z palca, ponieważ Higginbotham czerpał informacje również od ludzi, którzy tam byli. Najbardziej daje się to we znaki na samym końcu, kiedy autor opowiada o swoich ostatnich spotkaniach z nimi.

To, co w tej chwili opowiedziałam wam o O północy w Czarnobylu jest zaledwie kroplą w morzu tego, co chciałabym powiedzieć. Książka ma wiele zawiłości, tajemnic oraz plusów, których nie za bardzo chciałabym wam teraz zdradzać. Nie chciałabym wam psuć tej satysfakcji z lektury, którą ja miałam podczas odkrywania wszystkich wydarzeń. Choć nie jest to książka dla ludzi o słabych nerwach, to polecam ją wam wszystkim. Żebyśmy wszyscy poznali prawdę o swojej przeszłości, bo jesteśmy jednym z państw, które jest najbardziej dotknięte przez katastrofę jądrową w Czarnobylu.

sobota, 14 marca 2020

Małe Licho i anioł z kamienia - Marta Kisiel


Za recenzję książek Marty Kisiel zawsze najciężej mi się zabrać. Nie mogę znaleźć słów, które w ten odpowiedni sposób opisałyby ich genialność, nie wywołując w was wrażenia "a ta znów się zachwyca" z poirytowanym przewróceniem oczów. Szczególnie, że Małe Licho to książka dla dzieci... Tylko albo aż książka dla dzieci, bo przyznam szczerze nawet w tym gatunku ałtorka nie obniża poziomu.

W domu dożywotników wybuchła epidemia ospy, więc Karmilla wysyła Bożka, Tsadkiela oraz Gucia na ferie zimowe do ciotki Ody. Jej dom położony na działce, na której kiedyś stała Lichotka, skrywa kilka ciekawych tajemnic i tylko Tsadkiel na wszystko kręci nosem. Sprawy komplikują się, gdy anioł stróż odkrywa, że Oda mieszka pod jednym dachem z najprawdziwszym czortem oraz pije herbatkę ze słowiańskim demonem!

Książka zaczyna się niewinnie i w typowo kisielowskim stylu - mamy rodzinną atmosferę, asymilację Bożka z kolegami z klasy oraz problemy typowych ludzi przeniesionych do świata dożywotników. Przede wszystkim mamy jednak wiecznie niezadowolonego i psującego świetną atmosferę Tsadkiela. W tej części to on sprawia największe kłopoty i zmusza Bożka do kolejnej podróży w zaświaty. Wtedy znowu zaczyna się robić mrocznie oraz pojawiają się kolejne nawiązania do literatury czasów romantyzmu. Powieść posiada również bardzo ważne morały i przesłania, które moim zdaniem powinny posiadać wszystkie książki z nurtu literatury dziecięcej. Małe Licho i anioł z kamienia uczy, żeby nigdy nie oceniać kogoś po pozorach, a najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Zdecydowanie za mało było w tym tomie samego Licha, ale jestem mu w stanie to wybaczyć. W końcu było nieco niedysponowane, jednak jego większy kolega po fachu zastąpił go w bardzo dobrym stylu. Tsadkiel jest zawsze mrukliwy, zawsze przeciw wszystkiemu jest przeciwny i zawsze musi wszystkich strofować. Spotkała go jednak bardzo ważna lekcja, którą mam nadzieję zapamięta do końca swojego długiego życia. Bożek z kolei stał się bardziej "normalnym" dzieckiem. Nadal jest bardzo pomysłowy i przyjacielski, jednak zdecydowanie lepiej dogaduje się z kolegami z klasy. Bazyla chyba nikomu nie trzeba przedstawiać? To czort niepodobny do żadnego innego. Najważniejsze co można o nim powiedzieć to to, że nie skrzywdziłby muchy, ma wadę wymowy oraz uwielbia placki ziemniaczane. Oda z kolei z perspektywy Bożka wydała mi się niezwykle tajemnicza i gdybym nie czytała wcześniej Szaławiły oraz Oczu Urocznych, to na pewno odczuwałabym wobec niej respekt z małą nutką strachu.

Nigdy nie mogę zacząć, jednak im dalej się zapędzam z opowiadaniem, tym bardziej nie mogę skończyć! Mam nadzieję, że to jasno opisuje moje uwielbienie do prozy Marty Kisiel. Nawet w takim wydaniu dla najmłodszych utrzymuje swój poziom i nie można się oderwać od jej książki. Zagrało mi tutaj dosłownie wszystko - fabuła, klimat oraz bohaterowie. Nie jest to kolejna naiwna książeczka dla dzieci, a naprawdę wartościowa powieść.

wtorek, 3 marca 2020

Czarna Książka. Zostać Mistrzem - Joanna Krystyna Radosz


Pamiętam, że obiecałam więcej postów na Biblioteczce, jednak znowu pożarła mnie codzienność, obowiązki oraz awaria komputera. Odzyskałam już jednak dostęp do swojego laptopa oraz zaliczyłam wszystkie egzaminy i mogę ze spokojem przysiąść do zaległych recenzji czy pomyśleć nad jakimiś ciekawymi postami dla was. Na pierwszy rzut chciałabym wziąć dawno obiecaną autorce opinię. Dzięki jej za cierpliwość!

Czarna Książka. Zostać mistrzem to antologia opowiadań osadzonych w żużloversum - wykreowanym przez samą autorkę. Opowiadają historię kilku fikcyjnych zawodników czy innych postaci ze świata tego sportu. Jednak co najważniejsze, nie skupiają się tylko i wyłącznie na aspektach technicznych tego sportu, lecz na wątkach z życia głównych postaci.

Dużo ryzykowałam sięgając po opowiadania Joanny Krystyny Radosz, ponieważ nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z żużlem. Czasem coś tam słyszałam w telewizji, ale nigdy nie zaprzątało to w jakimś większym stopniu mojej uwagi. Dałam się przekonać autorce, że podobały się również laikom w kwestii tego sportu i nie żałuję tego. Wręcz przeciwnie, po raz kolejny, niesamowicie bawiłam się przy lekturze Czarnej Książki i jeśli powstaną następne części to wybiorę je bez wahania.

Mimo, że są to jedynie krótkie opowiadania to autorce udało się wykreować wciągający świat, z niesamowitymi bohaterami. Każda część to bardzo ważny fragment życia różnych postaci, które pojawiają się również w pozostałych historiach. Czytając miałam wrażenie, że poznaję ich od podszewki i niesamowicie się do nich przywiązałam. Co najważniejsze skupiają się one bardziej na obyczajowych wątkach niż kwestiach technicznych tego sportu, co ma duży wpływ na przystępność dla szerokiego grona. Żużel jest tu jedynie tłem dla ludzkich dramatów i szczęść.
Trudno mi mówić o bohaterach, ponieważ jest ich naprawdę wielu. Spróbuję się jednak wypowiedzieć o tych, które wysuwają się na pierwszy plan - Petterze, Adzie czy (oczywiście!) Emilu. Jeśli chodzi o tego ostatniego, to po drugim przeczytaniu zastanawia mnie, dlaczego tak się nad nim zachwycałam. Czy możliwe, że aż tak się zmieniłam przez ten około rok je dzielący? Tym razem moją uwagę bardziej zwróciła Ada Nigmatulina, która od początku do końca walczyła o swoje pasje. Robiła to nawet wbrew opinii swojego ojca. Petter dalej pozostaje sobą - nieco zadufanym w sobie i swojej wielkości żużlowcem, który w rzeczywistości ma naprawdę ogromne serce.

Nie będę tutaj wybierać najlepszego i najgorszego opowiadania, bo po prostu nie umiem. Zresztą jestem dość sporo czasu po lekturze i całość zlała mi się w jedną historię, która do dzisiaj wywołuje we mnie całkiem sporo emocji. Szczególnie opowiadanie o Davey'im, którego nigdy autorce nie wybaczę, bo wylałam na nich trochę łez przy obu czytaniach. Pozostaję mi tylko polecić wam obie Czarne Książki, jeśli lubicie tylko tego typu historię.

wtorek, 17 grudnia 2019

Król Kier - Aleksandra Polak


Jeszcze rok czy dwa temu szukałam w książkach zupełnie czego innego niż dzisiaj. Wciąż jednak mam na półkach kilka książek, które wybierałam w tamtym okresie i powoli je wyczytuję. Zawsze przed sięgnięciem po taką powieść mam jednak wątpliwości, czy nadal może mi się ona spodobać i, o dziwo, na razie nie zawiodłam się. Pomimo ich typowych wad, naprawdę dobrze się przy nich bawię.

Alicja jest uczennicą ostatniej klasy liceum. Wydaje się, że ma idealne życie - świetnie radzi sobie w szkole, ma idealnego chłopaka i najlepszą przyjaciółkę. Pewnego dnia poznaje jednak Hadriana, który przewraca jej życie do góry nogami. Powoli wprowadza ją w sekrety Circus Lumos, swoją przeszłość oraz przedziwny świat demonów.

Pierwsza rzecz, którą przyciągnęła moją uwagę w trakcie czytania to genialny styl pisania Aleksandry Polak - niezwykle plastyczny i genialnie odwzorowujący magiczny klimat powieści. Sprawił, że jeszcze bardziej wciągnęłam się w zaskakującą fabułę powieści. Owszem nieco przeszkadzały mi typowe wątki i zachowania bohaterów powieści młodzieżowej - trójkąt miłosny, typowo nastoletni tok i myślenia oraz nastoletnie problemy. Myślę jednak, że bez części tego typu rzeczy ta książka nie miałaby prawa bytu - jest w końcu o nastolatkach. Ta fantastyczna część zrekompensowała mi całą resztę. Początkowo fabuła toczyła się nieco powoli, ale za to był też ciekawa legenda - związana z całym zamieszaniem - oraz niesamowicie dynamiczne i zaskakujące zakończenie. Sprawiło, że na pewno będę chciała poznać ciąg dalszy losów Alicji i Hadriana.

Alicja jest kompletnie normalną nastolatką, której największymi problemami są szkoła, zbliżająca się studniówka oraz irytujące kuzynostwo. Uwielbia swojego kota i bardzo kocha swojego chłopaka. Hadrian jest z kolei taką postacią, która niekoniecznie do mnie przemawia. Jest przystojny i tajemniczy, do tego nie do końca wiadomo, o co mu chodzi. Z czasem jednak jego wizerunek się nieco ocieplił i zyskał na znaczeniu. Maks, chłopak Alicji, niesamowicie mnie irytował. Zrobił jej okropne świństwo, a zachowywał się, jakby kompletnie nic się nie stało. Nie docierały do niego żadne słowa dziewczyny. Chciałabym się nieco rozpisać na temat pracowników Circus Lumos, bo to kilka naprawdę barwnych bohaterów, ale z drugiej strony nie chciałabym też za dużo wam spojlerować. Powiem więc tylko, że tam naprawdę można poczuć się, jak w domu.

Król kier to bardzo fajna powieść z nurtu fantastyki młodzieżowej. W dużej mierze oparta na typowych problemach współczesnych nastolatków, jednak wątek Circus Lumos nadaje jej świetnego kolorytu. Fabuła na początku nie jest zbyt dynamiczna, ale zakończenie zachęca do dalszego ciągu. Szkoda mi tylko zmarnowanego materiału na bohaterów. Szczególnie Alicja mogłaby być nieco ciekawszą postacią. Myślę, że ta książka spodoba się przede wszystkim osobą, które w tym aktualnym momencie lub w ogóle, w poszukują przede wszystkim rozrywki.

sobota, 14 grudnia 2019

Oczy Uroczne - Marta Kisiel


Przed przeczytaniem tej recenzji chciałabym was uprzedzić, że zapewne poczujecie się zaskoczeni. Oczy uroczne nie będą kolejną powieścią Marty Kisiel, którą będę wychwalać pod niebiosa. Z drugiej strony nie uważam jej też za jakiś totalny niewypał i klapę. Po prostu, w przypadku tych bohaterów i tej historii coś nie do końca między nami zagrało.

Na miejscu starej Lichotki powstał nowy domek, który dzisiaj zamieszkuje Oda wraz ze swoim czortem Bazylem oraz uratowanym szczeniakiem Kuleczką. Kobieta pracuje w pobliskiej przychodni, gdzie w krótkim czasie pojawiają się pacjenci z niebezpiecznymi ranami i niepokojącymi historiami o ich powstaniu. Dodatkowo Bazyl wymyka się z domu w tajemniczych sprawach osobistych, a jej przyjaciel Roch zaczyna się dziwnie zachowywać.

Nie powiem w tym miejscu, że pomysł na tą historię jest totalnie skiepszczony i czytało mi się okropnie. Wręcz przeciwnie - fabuła jak zawsze jest niesamowicie interesująca oraz wciągająca. Akcja kręci się głównie wokół tego, co kryje las oraz przeszłości Ody, które w pewnym momencie zaczynają się zazębiać. Ogromnie intrygowało mnie również, co takiego ukrywa przed swoją opiekunką mały czort. Nie zgrał mi jedynie wątek miłosny, który niby nie był jakiś szczególnie oczywisty - ze względu na to, że wydarzenia poznajemy z perspektywy Ody - ale zachowanie Rocha totalnie zdradzało, o co w tym wszystkim chodzi. I to ono w tym wszystkim najbardziej mnie irytowało.

Oda jest kobietą powoli wchodzącą w okres wieku średniego, choć cały czas zachowuje w sobie dobroć oraz bezinteresowność. Potrafi przełamać w sobie strach i przyjść z pomocą najgorszemu wrogowi. Roch za to jest z pozoru wiecznie markotnym, osowiałym odludkiem, który nie potrafi mówić o swoich uczuciach. Gdzieś w środku siebie ukrywa jednak ogromne serce, które pragnie troszczyć się o Odę. Podczas czytania Szaławiły bardzo polubiłam Bazyla, a tutaj według mnie zachowywał się niesamowicie dziecinnie. Za to bardzo polubiłam Michałkę, który wygląda na niesamowicie nieodpowiedzialnego, ale w rzeczywistości świetnie radzi sobie z dziećmi (i Bazylem). Jest bardzo pomocny i pracowity. Nie przepuści żadnej okazji, żeby uczciwie zarobić trochę grosza.

Nie będę zachwycać się Oczami Urocznymi, ani jakoś szczególnie nie będę też ich ganić. Jak na miarę Marty Kisiel to historia jest naprawdę świetna - wciągająca, ciekawa, z nawiązaniami do mitologii słowiańskiej. Po prostu jeden wątek, a konkretniej jedna postać, mnie tutaj dość mocno irytowała. Mimo wszystko fanom twórczości Kisiel nadal polecam zapoznać się z tą książką oraz serią, a nóż widelec wam jednak Roch przypadnie do gustu.

wtorek, 19 listopada 2019

Wilk i Wilczyca - Katarzyna Berenika Miszczuk


Tych akurat powieści z dorobku Katarzyny Bereniki Miszczuk kompletnie nie planowałam czytać. Stało się jednak tak, że zbiegiem okoliczności znalazły się u mnie wraz z Drugą Szansą przy okazji drugiego wydania. Bardzo polubiłam tą książkę i postanowiłam, że w takim razie dam również szansę debiutanckiej serii autorki. Obawiałam się jednak, że młodzieżówka napisana przez 15-latkę, totalnie nie przypadnie mi do gustu i nie będę mogła przez nią przebrnąć.

Z powodu pracy rodziców, Margo musi się przeprowadzić z Nowego Jorku do prowincjonalnego Wolftown. Nie jest z tego powodu zachwycona, jednak szybko zaaklimatyzowała się w nowej szkole. Zdobyła nową, nieco ekscentryczną przyjaciółkę. Jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole zaczął się nią interesować, a na dodatek wpadł w jej oko pewien tajemniczy metalowiec.

Wilk jest straszliwie przesycony schematami typowymi dla współczesnej literatury młodzieżowej. Na pewno wszyscy już gdzieś słyszeliście o nowej dziewczynie w szkole i chłopaku, od którego aż bije tajemnicą i mrocznością, co? Do tego wszystko dzieje się gdzieś w prowincjonalnym miasteczku w Stanach Zjednoczonych. Mamy tutaj również nieśmiertelny trójkąt miłosny, a uczniowie podzieleni są według subkultury, do której przynależą i pilnują tych granic, jak oka w głowie. Muszę jednak przyznać, że czerpałam z tego wszystkiego niejaką przyjemność. Pomimo naprawdę ogromnej ilości wad pani Miszczuk udało się stworzyć fabułę, która bardzo mnie zainteresowała, a po drugim tomie okazało się, że przebrnięcie przez nie wszystkie naprawdę się opłacało. Nie dość, że ich ilość została zdecydowanie zredukowana w Wilczycy, to jeszcze autorka wrzuciła nas w niezły rollercoaster akcji i świetnie domknęła całą serię. Przede wszystkim podoba mi się jej podejście do tematu likantropii, z którym nigdzie wcześniej się nie spotkałam. Ogromnym plusem jest również to, że historia nie opiera się tylko i wyłącznie na wątku miłosnym, choć jest on bardzo ważnym elementem.

Margo jest outsiderką. Uwielbia rocka, czarne ubrania i swojego psa Swetra, a nienawidzi kurczaka. Poza tym nie stara się nikomu przypodobać. Zawsze mówi to co myśli. Często działa pod wpływem impulsu. Wydaje się też, jako jedyna nie pasować do żadnej grupki z nowego liceum. Ivette z kolei jest jej totalnym przeciwieństwem - wszystkie jej rzeczy są różowe, jest prymuską, a na dodatek potrafi się zmienić, jeśli jakiś chłopak jej się spodoba. Peter to typowy sportowiec, któremu w głowie tylko imprezy, treningi i dziewczyny. Max jest skryty, małomówny, ale pod maską skrywa ogromne serce. Szkoda mi nieco zmarnowanego potencjału na postać Akiego. Nie czułam tej postaci, a mógłby być z niego naprawdę fajny wątek, szczególnie w Wilczycy.

Wilk i Wilczyca są schematycznymi powieściami dla nastolatków, jednak  pomimo to naprawdę dobrze się przy nich bawiłam. Katarzyna Berenika Miszczuk w te wszystkie typowości wsadziła kilka fajnych elementów, które zrekompensowały mi większość wad. Najbardziej cieszy mnie fakt, że druga część była zdecydowanie lepsza niż pierwsza. Debiutancką serię autorki polecam przede wszystkim nastolatkom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z fantastyką młodzieżową lub komuś kto po prostu chcę się dobrze zabawić i odstresować.

sobota, 26 października 2019

Nomen Omen - Marta Kisiel


Miałam ten tekst rozpocząć zupełnie inaczej. Chciałam powiedzieć wam, żebyście nie czuli zdziwieni czy też zaskoczeni, że recenzja Nomen Omen pojawia się tutaj po raz drugi. Z przykrością jednak musiałam stwierdzić, że nie poczyniłam wcześniej posta o mojej ulubionej powieści mojej ulubionej autorki. Jest mi z tym nieco dziwnie, bo na pewno wspominałam wam o niej miliony razy. Dzisiaj jednak naprawiam ten błąd i wrzucam calutki tekst poświęcony jedynie Nomen Omen.

Salomea Klementyna Przygoda została przez życie pokarana nie tylko nietypowym imieniem, ale również dziwaczną rodziną. Matka chce za wszelką cenę uwolnić jej rozbuchany erotyzm. Ojciec mentalnie żyje w XIX wieku, a młodszy brat to zakała ludzkości, nierób i darmozjad. Jedynie babcia Isia stara się wesprzeć ukochaną wnuczkę. To za jej namową dziewczyna wyprowadza się do Wrocławia, gdzie zamieszkuje pod dachem nieco ekscentrycznej starszej pani. Wszystko w życiu Salki zaczyna się układać po jej myśli... Do momentu, gdy Niedaś próbuje utopić ją w Odrze.

Czytałam tą książkę już trzeci raz i po prostu muszę na opak zacząć od oceniania zakończenia, ponieważ za każdym razem jest ono dokładnie tak samo rozczulające i jednocześnie idealnie pasuje do całości. Sama fabuła to doskonały przykład prozy Marty Kisiel, którego od tak po prostu nie da się odłożyć bez skończenia. Nie wiem czy będę potrafiła opowiedzieć to w ten odpowiedni sposób, ale spróbujmy. Chodzi o ten rodzaj powieści, w której na każdym kroku czeka nas niesamowity gag lub zwrot akcji. Autorka potrafi wprowadzić świetne żarty sytuacyjne, a wszystko to jest jeszcze dokraszone genialnym stylem pisania i wciągającą historią. W pewnym momencie zaczyna się robić poważnie, bo odwołujemy się do literatury romantyzmu oraz czasów II wojny światowej, ale nawet wtedy nie znika ten typowy dla Nomen Omen nieco niepoważny i żartobliwy klimat. Jest to jakby, nieco przerysowany/wyolbrzymiony opis rzeczywistości z dużą doża wątków fantastycznych.

Salka jest nieco niezdarna i może trochę przewrażliwiona w pewnych sprawach, ale to naprawdę fajna postać. Stara się uciec przed wybrykami członków swojej rodziny, ale one chodzą za nią jak mantra. Jeśli widzi w czymś szansę to nie owija w bawełnę, tylko od razu bierze się do roboty. Niedaś zaś to typowy student - w głowie mu tylko imprezy i najbliższe 24 godziny. Nawet nie do końca wie co się dzieje na zajęciach. Babcia Isia to cudowna kobieta, która kocha swoje wnuki i zawsze znajdzie czas i dobrą radę dla Salki. Ma jednak swoje słabości oraz nieco mroczną przeszłość. W międzyczasie poznajemy też równie ekscentrycznych Bartke i Basię, którzy stają się bardzo ważnymi postaciami. O starszej pani jednak nie będę za dużo mówić, bo to wyjaśnienie całej sytuacji to chyba moja najbardziej ulubiona scena. ;)

Podsumowując, Nomen Omen to po prostu genialna powieść, od której nie tylko nie da się  oderwać, ale również nie da się do niej nie wrócić. Styl Marty Kisiel jest niesamowity - idealnie potrafi łączyć tematy poważne z żartami. Wielokrotnie odwołuje się do ważnych elementów naszej kultury i potrafi przy tym niesamowicie zaciekawić. Co jednak najważniejsze stworzyła postacie, o których nie da się zapomnieć, ponieważ są niemal jak żywe i każdy ma swój własny, niepowtarzalny charakter oraz dziwactwa. Jeżeli jeszcze nie czytaliście żadnej jej powieści to koniecznie zapoznajcie sie z choć jedną! Na początek jednak szczególnie polecam właśnie Nomen Omen.

sobota, 28 września 2019

Siedem Bram - Adam Faber


Przez ostatnich kilka miesięcy ja i moje plany zaliczaliśmy szereg wzlotów i upadków. To już nie był moment, kiedy miałam tysiąc pomysłów na minutę, przez co nie wiedziałam, za który zabrać się najpierw. Nie chcę wchodzić, w to co działo się w mojej głowie, ale po prostu źle się czułam psychicznie i nadal nie jest w stu procentach dobrze. Jednak powoli odzyskuję spokój ducha, bo dotarło do mnie, że nie ma sensu roztrząsać przeszłości, tylko trzeba iść do przodu. Wraca też do mnie chęć pisania, choć nie będę obiecywać, że posty będą pojawiać się regularnie. Na razie moim priorytetem jest nadrobienie zaległości, które nadal mam spore i napisanie kilku obiecanych tekstów. Przejdźmy już jednak do głównego tematu posta, czyli recenzji.

Po wydarzeniach z dwóch poprzednich tomów życie Kate w końcu zaczyna być szczęśliwe. Ma u boku swoją rodzinę, przyjaciółkę i ukochanego. Źle się jednak zaczyna dziać w Jaarze - tuż przed ślubem z księciem Fione znika w tajemniczych okolicznościach. Wszystko wskazuje na to, że została uprowadzona przez mrocznych ferów z Tir-Na-Nog. Cała grupa chce od razu ruszać w tamtą stronę, jednak babcia Buddlebee każe im najpierw udać się do pałacu królewskiego, do którego droga wiedzie przez Siedem Bram.

Wydarzenia z trzeciej części to - według mnie - jak do tej pory największa przygoda, która przydarzyła się naszym bohaterom. Razem wyruszają w bardzo długą podróż po Jaarze, która zaprowadzi ich dalej niż sami myślą i wydobędzie wiele nowych informacji o nich. Przede wszystkim jednak przed przekroczeniem każdej z siedmiu bram oraz wejściem do pałacu czeka ich wiele niebezpiecznych wydarzeń i prób. Niektórzy będą chcieli zwieść ich na manowce. Dla mnie jednak najważniejszym aspektem historii jest to, że Adam Faber bardzo mocno rozbudował świat Jaaru. W końcu wyruszamy poza obręb wioski, w której żyją fery naszych bohaterów, a nawet poza granice ich kraju. Bardzo mocno rozbudowuje się również wątek polityczny oraz relacje między zwaśnionymi królestwami. Zakończenie zaś obraca wszystkim punkt widzenia totalnie do góry nogami.

Równie ważnym tematem w Siedmiu Bramach były rozterki Kate, co do tego czy to ona powinna być przywódcą grupy i strażnikiem najważniejszego z kamieni. Przyznam, że nieco mnie to irytowało, jednak doskonale rozumiem jej niepewność. Jako jedyna z całej grupy prawdę o swoich czarodziejskich umiejętnościach poznała dopiero w wieku nastoletnim i nie miała szansy na ćwiczenie ich wcześniej. Pozostały bohaterami również różne emocje i wątpliwości. Dochodziło między nimi do sprzeczek, ale starali się trzymać razem dla dobra sprawy.

Każda kolejna część Kronik Jaaru jest nieco inna. Zwraca uwagę na inne wątki i sprawy, ale wszystkie razem powoli prowadzą nas do wspólnego zakończenia i rozwiązania tego największego wątku. Seria jest przeznaczona dla czytelników w wieku wczesnonastoletnim, ale z odpowiednim dystansem każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Jak na razie to właśnie Siedem Bram przypadło mi najbardziej do gustu. Głównie ze względu na podróż bohaterów oraz wyciągnięcie wielu nieciekawych spraw na światło dzienne.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...