Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarna komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czarna komedia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 czerwca 2017

"Siła Niższa" Marty Kisiel

okładka, marta kisiel, siła niższaAutor: Kisiel Marta
Tytuł polski: Siła Niższa
Seria: Dożywocie #2
Wydawnictwo: Uroboros
Wydanie polskie: 2016
Liczba stron: 319
Moja ocena: 8/10

Niesamowicie długo wyczekiwana kontynuacja Dożywocia nareszcie znalazła się w moich rękach! Jak wszyscy wiecie Marta Kisiel to moja ulubiona polska pisarka, dlatego na każdą jej książkę czekam i będę czekać z równie wielką niecierpliwością. Jestem wprost przepełnioną ciekawością w jaki sposób tym razem uda się mnie rozśmieszyć i  zaskoczyć ałtorce. A wy jesteście ciekawi, jak to było tym razem?

Po doszczętnym spłonięciu Lichotki Konrad Romańczuk wraz ze swoim okrojonym składem dożywotników przeprowadza się do nowego lokum. Szczęsnego i Krakersa gdzieś wcięło, z utopców ostał się tylko jeden a małe Licho i jego właściciel nie potrafią odnaleźć się w tej sytuacji. Pech chciał, że do wszystkiego wtrąciła się jeszcze Siła Niższa i rzuca im kolejne przeszkody pod nogi.

Siła Niższa wywołała we mnie mieszane uczucia, znaczy wciąż uważam ją za świetną książkę i niesamowicie się przy niej uśmiałam, ale początek tej historii wprowadził mnie raczej w przygnębienie niż stan nieustanej głupawki. Dużo było w nim melancholii i jesiennej chandry, która w tej chwili otacza nas zewsząd i początkowo niezbyt przypadło mi to do gustu, bo chciałam się rozerwać i zapomnieć o tej chlapie za oknem. Teraz jednak myślę, że to był dobry pomysł. Marta Kisiel pokazała nam wszystkim, że poza śmiechem i głupstwami potrafi odnaleźć się też w nieco cięższych klimatach. A dalej? Dalej było już tylko coraz lepiej i coraz bardziej ałtorkowo. Na powrót wróciły wszystkie perypetię bohaterów, o których tak niesamowicie czytało mi się w poprzednim tomie, a nawet pojawiło się ich zdecydowanie więcej i kilku z nich wprost nie da się nie lubić!

Przede wszystkim jednak główni bohaterowie są tak samo niesamowici i na swój sposób sympatyczni. Znerwicowany Konrad i wciąż niesamowicie uroczokochane Licho, które początkowo trochę się pogubiło, ale na szczęście na powrót odnalazło dawny wigor. Jako kompana odnaleziono mu kolejnego anioła Tsadkiela, którego nie będę wspominać zbyt dobrze z powodu jego gburowatości i perfekcjonizmu we wszystkich możliwych aspektach życia. Poza tym powraca Karmilla w dość ciekawej sytuacji życiowej... No i Turu Brząszczyk! Prosty facet z hobby, ale za to niesamowicie wielkim sercu. Tylko samej Siły Niższej jakoś mi tak mało było.

Marta Kisiel znowu dała niesamowity popis swoich umiejętności polonistycznych i za pomocą ogromnej ilości środków stylistycznych i gierek słownych stworzyła świetną kontynuację przygód Konrada Romańczuka. Potrzebowałam trochę czasu, żeby przetrawić jej początek, ale koniec końców Siła Niższa jest godną następczynią Dożywocia z kordonem równie niesamowitych bohaterów.

wtorek, 18 kwietnia 2017

"Jabłka Adama"

źródło
Twórczość Marty Kisiel rozbudziła we mnie ogromną miłość do czarnego humoru stosowanego w przeróżnych utworów. Jestem do niego tak przyzwyczajona, że w pewnych momentach wyłapuję go tam, gdzie pewnie twórca niekoniecznie chciał go umieszczać, ale mimo to wciąż mi mało. Jest naprawdę niewiele czarnych komedii z prawdziwego zdarzenia, gdzie ważny jest nie tylko sam żart, ale również i historia. Na ratunek przyszła mi moja przyjaciółka i jej ukochany aktor Mads Mikkelsen w jednej z dość popularnych duńskich produkcji.

Zamiast na kilka ostatnich miesięcy odsiadki w więzieniu Adam trafia do protestanckiej parafii, w której miejscowy pastor, Ivan, prowadzi ośrodek resocjalizacji dla więźniów. Zaraz na wejściu prosi go o postawienie sobie celu, do którego chciałby dążyć podczas pobytu w tym miejscu. Mężczyzna od niechcenia i pół żartem rzuca pomysłem upieczenia szarlotki z jabłek rosnących tuż przy świątyni. Niebawem przekona się jednak, że wychodzenie z największego dołka zaczyna się małymi kroczkami.

Cały film zaczyna się dość niewinnie, od uroczej sceny, dość znanej z polskich produkcji - niepierwszej młodości autobus dalekobieżny zatrzymuje się na kompletnym odludziu i wysiada z niego mężczyzna, z niewielką torbą podróżną, inny mężczyzna przyjechał go odebrać, bo oczywiście przystanek znajduje się dobrych parę kilometrów od miejscowości. Przyznam, że właśnie taki swojski klimat panował przez cały czas antenowy, ale sama fabuła była czymś zupełnie innym oraz zdecydowanie lepszym niż to, co serwują nam nasi producenci. Jabłka Adama mają swój momentami trudny do zrozumienia oraz specyficzny przekaz, a bohaterowie mogą pochwalić się interesującymi historiami. Poza tym dosłownie co chwilę wybuchałam śmiechem z powodu wypowiedzi bohaterów czy też zabawnych scen.

Adam jest człowiekiem z bardzo długą, kryminalną przeszłością. Nie wierzy w Boga, tylko podąża przez życie wraz z ideami, którymi kierował się Adolf Hitler. Jest negatywnie nastawiony do wszelkich prób wyciągnięcia go z tego bagna. Do Ivana trafia tylko ze względu na fakt, że będzie mu tam lżej niż w więzieniu. Cały czas szuka dróg na skróty. Jednak rzucona od niechcenia obietnica upieczenia szarlotki z wyhodowanych przed kościołem jabłek jest jedynie początkiem, małym kroczkiem w szybkim wychodzeniu na ludzi. Ivan stanowi jego kompletne przeciwieństwo. Przez cały czas bezgranicznie wierzy w boską miłość i widzi świat tylko w kolorach tęczy. Wręcz nie dopuszcza do siebie złych myśli, choć życie wielokrotnie potraktowało go okrutnie. W przeciwieństwie do Adam ma również ogromne szczęście. Wydaje się w czepku urodzonym, ponieważ z każdych tarapatów wychodzi zawsze obronną ręką.

Postacie drugoplanowe również były w tym filmie między innymi pozostali podopieczni Ivana, miejscowy lekarz czy kobieta szukająca pociechy u Boga. Niestety jednak zaledwie tyle o nich zapamiętałam. W trakcie oglądania wydawali się ciekawymi postaciami, ale niestety z biegiem czasu ich sylwetki rozmyły się pod wpływem wyolbrzymienia głównych bohaterów. Mogę was jedynie zapewnić, że nie są płaskie ani schematyczne, po prostu mało wyraziste w stosunku do Adama i Ivana.

Jabłka Adama oprócz rozbawienia, wpaja kilka ważnych życiowych wartości oraz prawd. Przede wszystkim zmusza jednak do refleksji nad własnym życiem - cieszenia się z tego co mamy, bo w każdej chwili możemy spaść jeszcze niżej. Relacje Ivana z jego podopiecznymi pokazują, że nigdy nie jest za późno na zmianę swojego życia, na zostanie dobrym człowiekiem.

Niesamowicie bawiłam się podczas seansu tej duńskiego produkcji i w przyszłości na pewno chciałabym obejrzeć ich więcej, ponieważ mają niesamowity potencjał. Śmiałam się, płakałam i płakałam ze śmiechu w trakcie zapoznawania z historią Adama oraz Ivana. Polecam wam go serdecznie, jeśli lubicie filmy wywołujące skrajne emocje w jednym momencie. Nie jest to może arcydzieło kina, ale ze względu na samą fabułę warto go znać i się zachwycać.


piątek, 9 października 2015

"Dożywocie" Marty Kisiel - recenzja książki

Autor: Kisiel Marta
Tytuł oryginalny: Dożywocie
Wydawnictwo: Uroboros
Wydanie: 2015
Ilość stron: 347
Cena okładkowa: 39,99 zł
Moja ocena: 10/10

Siła wyższa bez wątpienia jest kobietą. Pech bez wątpienia jest mężczyzną, a Licho... Licho je tam wie. Poza tym płeć uczulonego na własne pierze anioła stróża z manią czystości to dla Konrada Romańczuka (głównej osoby tego dramatu) bynajmniej nie największy problem. Z połączonych mocy nadprzyrodzonego trio powstaje bowiem fatum z prawdziwego zdarzenia: klątwa ciekawych czasów. Będzie ona odtąd sprawowała dożywotni nadzór nad każdym krokiem Konrada, świeżo upieczonego spadkobiercy Lichotki, wiekowego domu z upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy, oraz całym dobrodziejstwem inwentarza: nieszczęsną duszą panicza Szczęsnego, seryjnego samobójcy, poety, mistrza całorocznej depresji i haftu krzyżykowego - sztuk jedna, mackami szefa kuchni o chrupiącym imieniu, przybyłego wprost z głębin odwiecznego ZUA - sztuk minimum osiem, utopcami zawsze w nie tej łazience co trzeba - sztuk cztery, najprawdziwszą Zmorą w postaci charakternej kotki - sztuk jedna plus cztery kły i osiemnaście pazurów w pakiecie oraz wrednym różowym królikiem, niepozornym omenem straszliwej zagłady - zbiór nieprzeliczony. Tylko właściwie kto tu kogo dostał w spadku: Konrad dożywotników, czy dożywotnicy Konrada?
Z niecierpliwą wręcz niecierpliwością czekałam na drugą premierę tej książki, ponieważ zaraz po drugim skończeniu Nomen Omen byłam pewna, że debiutanckiej powieści autorki mojego życia nie uda mi się przeczytać. W notce biograficznej Kisiel doskonale podkreśliła, że Dożywocie staje się bardzo popularne z powodu jego chronicznej niedostępności, a to już musi o czymś świadczyć! Nie było jej w żadnej księgarni, ponieważ czytelnikom tak się podobała, że każdy chciał mieć swój, własny egzemplarz. Na wielkie szczęście i dzięki wydawnictwu Uroboros nawet nowo powołani do życia fani przegenialnej polskiej autorki mogę zapoznać się z perypetiami, przygodami i wpadkami wszystkich domowników Lichotki. Z głównym bohaterem powieści, czyli Konradem, zapoznajemy się w dniu wyjazdu do odziedziczonego domu i już nawet w tym momencie los niezbyt mu sprzyja, a co dopiero powiedzieć o chwili, kiedy poznał wszystkich swoich cudacznych lokatorów. Życie co rusz zrzuca na jego barki coraz to nowe, zaskakujące i nieoczekiwane przez normalnego człowieka fakty oraz zdarzenia. Każdy rozdział przedstawia nam inny etap jakby oswajania i przywiązywania się Romańczuka do zaistniałej sytuacji. W każdym z nich coraz bardziej dochodzi do niego, że planowane wcześniej wyremontowanie i sprzedanie dworku wcale nie będzie takie łatwe, jak mu się wydawało. Uświadamia sobie fakt, że to właśnie przypadek rozporządza naszym życiem i nie ważne, co uczyni zawsze wszystko będzie się chwiać od rozpaczy aż po bezgraniczne szczęście. Nic nigdy nie będzie idealne, a ludziom dokoła nigdy nie dogodzisz. Przez to wszystko nie jestem w stanie zgodzić się z zamieszczoną na okładce Nomen Omen opinią, że Marta Kisiel fabułę odkryła dopiero przy pisaniu drugiej książki. W Dożywociu może i wszystko jest chaotyczne oraz dosyć niepoukładane, ale w ten sposób mimo fantastyczności świata przedstawionego bliżej jej do naszej szarej rzeczywistości. Bo czyż nie tak właśnie jest, że nasze plany w większości przypadków biorą w łeb? Czy często po długich przemyśleniach nie zmieniamy zdania, co nieuchronnie prowadzi do spełnienia i szczęścia? Czy nasza rodzina to nie taka zgraja mieszkańców Lichotki, w której każdy całkowicie się od siebie rożni, co chwile się ktoś kłóci i nabija sobie guzy? Kiedy odrzemy postacie z ich nadprzyrodzonej natury wyjdą nam przecież zwykli szarzy ludzie tworzący trochę cudaczną i zwariowaną rodzinkę, której głową jest Konrad. To jemu w udziale przypada nadzorowanie oraz pilnowanie toku życia na tym odciętym od świata kawałku ziemi, choć nie zawsze przychodzi mu to w stu procentach. Jego niedopatrzenia prowadzą do zabawnych, zaskakujących wydarzeń oraz samego zakończenia, które dosłownie zwaliło mnie z nóg i wyciągnęło gałki oczne na wierzch. Nigdy w życiu nie spodziewałabym się takiego zwieńczenia całej akcji - jednocześnie smutnego, gorzkiego i pokrzepiającego serce
Tutaj każda pojedyncza postać zasługuje na niekończące się elaboraty o ich niepowtarzalnych charakterach - poczynając od samego zmęczonego życiem Konrada. Jawi nam się na początku, jako typowy mieszczuch z zadatkami na rasowego bohatera romantycznego z powodu swojej nieszczęśliwej miłości do tajemniczej panny imieniem Majka, ale z każdą przewróconą stroną widzimy jego powolną zmianę. Najpierw to niechętna akceptacja, że resztę życia spędzi w Lichotce niańcząc jakieś cudaczne stwory, która powoli zmienia się w poczucie szczęścia i życiowego spełnienia. Łatwo da się go wyprowadzić z równowagi. Jest wybuchowy, impulsywny oraz często daje się ponieść emocjom, jednak nigdy nie porzuca powierzonych mu zadań i niezwykle przywiązuje się do ludzi. Pierwszym bohaterem, którego spotkał w dworku była "maskotka" całej historii, czyli wspomniany wcześniej w opisie pedantyczny oraz uczulony na własne pierze anioł stróż o uroczym imieniu Licho. Również tak samo, jak nasz bohater miałam problem z odmianą czasowników opowiadając o nim, ale poza tym to nie sposób nie kochać tego dziecinnego, bardzo kreatywnego i nieświadomego brutalności świata sługi Bożego, który chciał tylko nieść pomoc wszystkim na około, a przede wszystkim Konradowi. Moje serce skradł również niby to przerażający stwór z dość nietypowym zainteresowaniem pełniącym tutaj role jako takiej pani domu przez swoje nietypowe zainteresowanie, czyli kucharzenie. Były tutaj dwie dość irytujące postacie, a jedną z nich był nieszczęsny panicz Szczęsny przedstawiający się nam jako romantyk z krwi i kości. Taki rzeczywiście jest, ale odnoszę delikatne wrażenie, że jego rola polega na wyśmianiu postawy ludzi tamtej epoki, co jakoś nie zgadza mi się z tym, co autorka sobą przedstawia. Przymykam na to oko z jasnych powodów zachowania klimatu oraz konwencji książki, albo po prostu faktu, że zrobiła to z premedytacją, ponieważ w jej książkach każda, nawet epizodyczna postać w swoim momencie wybija się aż na pierwszy plan, aby na długo pozostać w pamięci czytelnika.
I teraz chyba najgorszy punkt tej recenzji, bo opisanie stylu pisarskiego samej mistrzyni czarnej komedii. Marta Kisiel to mistrzyni używania wszelkich środków poetyckich w powieści pisanej prozą, a po wypowiedziach panicza Szczęsnego można szczerze przyznać, że nawet pisanie wierszy nie jest jej obce. Uwielbiam dosłownie wszystko, co wyjdzie spod jej magicznych palców, bo jest nie tyle genialną historią, a genialnie napisanym tekstem pod każdym względem. Czytając co chwilę wybuchałam śmiechem z różnie skonstruowanych fragmentów. Czasami były to gry słowne typu właśnie nazwanie anioła Lichem i w ten specyficzny sposób odmieniając przy nim czasowniki. Innym razem wyolbrzymienia czy rozładowanie idealnie nagromadzonego napięcia. Tego wszystkiego nie da się opisać w zaledwie jednym akapicie, bo to trzeba poznać na własnej skórze!
Po przeczytaniu tej książki moje życie jest jednocześnie pełne i puste. Pełne, bo poznałam kolejną niesamowitą, pouczającą i zabawną książkę, z której nigdy w życiu nie wyrosnę, a puste, bo przeczytałam już wszystkie do tej pory wydane książki Marty Kisiel i nie wiadomo ile czasu będę musiała czekać na kolejne. Dzięki tej kobiecie wiem, że w końcu ktoś na świecie ma takie samo poczucie humoru jak ja, moje życie nabrało niesamowitych barw i sensu oczekiwania na jej kolejne książki.

PS. Zapraszam do grupy >>> Czytelnicy Biblioteczki Suomi!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...